czwartek, 29 stycznia 2015

Always believe in angels

Witam Kochani. Dzisiaj publikuję bajeczkę o aniołach.
Miłego czytania!

Always believe in angels.

Anioły są wszędzie. Nie widzimy ich, lecz mimo to jesteśmy przekonani, że nigdy nas nie opuszczają. To prawda. Są obok nas zawsze. No… Prawie zawsze. 
Był to dzień jak każdy inny. Piotrek wstał rano, umył się, zjadł śniadanie i poszedł do szkoły. Kiedy przechodził przez jezdnię nagle jakby wyrósł przed nim samochód, którego wcześniej nie widział. Kierowca zatrzymał się gwałtownie kilka centymetrów od chłopca. Bardzo mało brakowało do tragedii. Wystraszony chłopiec poszedł dalej. Kiedy stanął przed wejściem do szkoły i sięgnął ręką aby otworzyć furtkę, z daleka nadleciała wielka śnieżka, która trafiła go prosto w głowę pozostawiając siniaka. Piotrek już wiedział, że ten dzień nie będzie należał do najprzyjemniejszych. 
Na lekcji geografii nauczycielka zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, na którą chłopiec zupełnie się nie przygotował. Kiedy w czasie przerwy wyszedł na korytarz, koledzy wyśmiewali się z niego. Kpili ze śladu pozostawionego przez śnieżną kulkę. Chłopiec był zupełnie zdruzgotany. Wrócił do domu. Otworzył drzwi i wszedł do kuchni, gdzie zazwyczaj siedziała jego mama, ale było jej tam. Postanowił sprawdzić w salonie, sypialni, łazience i wszystkich innych pomieszczeniach w domu. Nikogo nie było. Zajrzał nawet do piwnicy, ale tam też było pusto. Piotrek czuł się bardzo nieswojo. Zawsze, kiedy wracał do domu byli już tam jego rodzice a w czwartki nawet starszy brat. Tego dnia był czwartek, lecz jego również nie było. Z nadzieją, że bliscy na chwilę wyszli, chłopiec poszedł do swojej sypialni, położył się na łóżku i nabazgrał kilka zdań w pamiętniku po czym zasnął. Obudził się w środku nocy. Wstał z łóżka i udał się w stronę drzwi. Było bardzo ciemno, ale przecież znał każdy centymetr swojego mieszkania. Wyciągnął dłoń aby nacisnąć klamkę, ale zamiast niej, jego dłoń dotknęła zimnej jak lód ściany. Wrócił do łóżka i wsunął rękę pod poduszkę, pod którą zawsze trzymał swoją komórkę. Nie znalazł jej tam. Chłopiec szybko połączył fakty i zorientował się, że to nie jest jego pokój, ani nawet jego dom. Wystraszył się. Stał cicho, bez ruchu. Poczuł na swojej szyi czyjś oddech, odwrócił się i zemdlał pod wpływem mocnego uderzenia w głowę. 
Miał sen, a może lepiej to nazwać wizją? Lub objawieniem? W każdym bądź razie był w Niebie. Przeszedł przez bramę i ujrzał mnóstwo aniołów które patrzyły na Ziemię przez szczeliny w chmurach. Co rusz jeden wlatywał do Królestwa lub zlatywał na świat. Chłopiec chciał się zapytać jednego o to, gdzie może naleźć Pana Boga, ale anioł odpowiedział, że nie może teraz rozmawiać, ponieważ pilnuje swego podopiecznego.
- A więc, to anioły stróże – pomyślał chłopiec.
- Tak Piotrku – odezwał się głęboki donośny głos, po czym wszyscy aniołowie padli na kolana. Chłopiec dalej stał i rozglądał się. – Idź przed siebie, a do mnie dotrzesz. Mam dla ciebie ważne zadanie.
Piotrek posłuchał rady i ruszył przed siebie, nagle bladoniebieska aura, która otaczała wszystko znajdujące się w tym miejscu, zmieniła się w jasnozłotą, świetlistą.
- Chłopcze, jak już pewnie zdążyłeś się zorientować, jesteś w Niebie. – odezwał się Bóg 
- T-t-tak. – odpowiedział wystraszony. 
- Przejdźmy do rzeczy. Jak już mówiłem, mam dla Ciebie bardzo ważne zadanie. Zauważyłeś, że dzisiaj miałeś szczególne nieszczęście? Twój Anioł stróż zaginął. Musisz go odnaleźć. Jako jego podopieczny znasz go najlepiej i tylko ty możesz wiedzieć, co się z nim teraz dzieje. Musisz wytężyć swój szósty zmysł, aby odnaleźć go. Zajrzyj głęboko w swoje wspomnienia i przypomnij sobie, kiedy ostatnio stał obok ciebie. Zaufaj mi.
Zdezorientowany Piotruś postanowił zaufać Bogu i postarał się odnaleźć swojego opiekuna. Przypominał sobie wszystko, co się ostatnio zdarzyło. Anioła nie było przy nim, kiedy obudził się w nocy i został zaatakowany, nie było go, kiedy wrócił do pustego domu, ani kiedy był w szkole. Nie dostrzegł go też, kiedy wychodził z domu. Przy śniadaniu również go nie było. Próbował przypomnieć sobie poprzedni dzień, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Dostrzegł jakiś malutki przebłysk wspomnień. Tak, wchodził do domu i pomógł sąsiadce wnieść zakupy. Przyjrzał się dokładniej. Pióro. Duże, białe pióro, które zapewne należało do anioła. Ale jak to do anioła? Czy anioły w ogóle istnieją?
- Boże, wczoraj, kiedy wcho… - chłopiec urwał i zapadł w ciemność. 
Piotrek już się nie obudził. Zwątpił w istnienie aniołów, kiedy jego stróż był w potrzebie. Chłopiec nie wrócił już do świata żywych, a opiekujący się nim anioł nie wrócił już do nieba. Do tej pory nie wiadomo, co się z nim dzieje.
Pamiętaj!
Nie narażaj swojego anioła. Zawsze wierz w anioły – Always believe in angels.

niedziela, 18 stycznia 2015

Pustynia

Dzisiaj chciałam poruszyć bardzo ważny temat, który jest niezauważany przez wiele osób. Mianowicie pustkę i szarość życia. Temat dość niebanalny, a notka trochę krótka.
Przyznam, że do napisania tego zmotywował mnie nauczyciel religii, który jako pracę domową, kazał napisać jak pustynia odnosi się do życia codziennego.
Zapraszam do przeczytania krótkiej notki. Mam nadzieję, że spodoba Wam się Gruee, któa nie pisze o miłości :D

Pustynia

Pustynia na ulicy, pustynia na podwórku, pustynia w domu.
Mimo, że mamy wielu znajomych, tak naprawdę jesteśmy bardzo samotni. Wszyscy są strasznie zabiegani, mają bardzo dużo „ważnych” spraw na głowie i nie mają czasu na cieszenie się życiem i tym pięknym światem, który nas otacza. Nie mają czasu na proste gesty, lub na okazywanie uczuć . Na pytanie „Jaku u ciebie?” odpowiadają, że dobrze, bez zmian. Odpowiadają tak zawsze. Nie ważne, że właśnie pokłócili się z bliską osobą, mieli wypadek samochodowy, szef obniżył im pensję, a nazajutrz ma się odbyć pogrzeb. Nie mamy na nic czasu, nawet na powiedzenie prawdy. Wszystkie nasze uczucia kryją się za przeważnie sztucznym uśmiechem. Nie przejmujemy się innymi i nie chcemy, żeby ktoś przejmował się nami. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie mamy na to czasu. Nie mamy czasu, aby opowiadać wszystkim, co nam jest, czemu jesteśmy smutni, przygnębieni, czy zdołowani.
W ten sposób nasze życie, nasz piękny świat zmienia się w pustynię bez jakichkolwiek uczuć. Często nie jesteśmy w stanie współczuć drugiemu człowiekowi, a co dopiero być mu za coś wdzięczni.
W XXI wieku prawdziwe uczucia znikają, a zastępuje je pustynia obojętności, a ona jest nie do pokonania przez osobę, która nie może liczyć na prawdziwe wsparcie bliskich. Wychodzi na to, że ta pustynia chyba nigdy nie zostanie pokonana.
W domach często wszyscy zajmują się swoimi sprawami. Jedno z rodziców pracuje do późna, a drugie odpoczywa po niedawno skończonej pracy. Dzieci całymi dniami patrzą na nic nie znaczące piksele na monitorze komputera, czy laptopa.
Komunikujemy się ze znajomymi przez telefon lub Internet, zamiast wyjść z domu i się z nimi najzwyczajniej w świecie spotkać.
Nasze życie staje się pustkowiem. Działamy według jednego schematu, co dzień powtarzając te same czynności, które w końcu stają się rutyną. Nie czerpiemy żadnej radości z życia codziennego.
Gardzimy ludźmi, którzy mają inne poglądy lub chociażby inne, często bardziej rozbudowane, poczucie humoru od nas.
Na ulicach możemy dostrzec przeważnie dwa typy ludzi. Jedni myślą, że są najlepsi, a każdy, kto jest inny jest gorszy od bogatej „elity”. Drudzy mają depresję z tego powodu, że nie należą do „elity”. Jest jeszcze jeden typ ludzi, ale nie dostrzegamy ich. Są to optymiści, którzy mimo tego, że życie jest pustynią, starają się nim cieszyć. Niestety możemy powiedzieć, że ten „gatunek” ludzi jest zagrożony wyginięciem.
Czy w tych moich „wypocinach” jest morał? Oczywiście, ale nie przedstawię go bezpośrednio. Nauczmy się chociaż myśleć, bo na tej pustyni zwanej życiem ta sztuka również powoli zanika.

komentarz = motywacja 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Gruee/Tey

Obiecałam, że coś wstawię, więc łapcie kolejny rozdział Gruee/Tey! Zapraszam do czytania i pozdrawiam wszystkich Potterheads! Mam nadzieję, że się spodoba :D


Rozdział II

- Proszę przepisać z tablicy składniki do wykonania nowego eliksiru – powiedział Snape i stuknął różdżką w tablicę, na której pojawiła się długa lista składników – Napiszecie po 7 stóp pergaminu o każdym z nich. Macie czas do czwartku.
Zabrzmiał dzwonek. Poszłam razem z Eli na obiad.
- Nie wyrobimy się! Mamy raptem 3 dni na wypracowanie dla Snape’a i do tego w czwartek będzie sprawdzian z transmutacji. McGonagall nam tym razem nie odpuści. Ona dobrze wie, że się nie uczymy a na nas dwie tylko czeka, aż się nie nauczymy. Nie damy rady!
- Zapomniałaś, że w środę Flitwick pyta z zaklęć odsyłających. To też musimy poćwiczyć. – przypomniałam przyjaciółce obojętnym tonem.
Niedługo koniec półrocza i muszę się wziąć do roboty! Obiecałam coś McGonagall i zamierzam dotrzymać obietnicy. Po kolacji wyszłam na błonia Hogwartu i zaczęłam uczyć się do czwartkowego sprawdzianu. Siedziałam tak do późna i byłam bardzo śpiąca.

* * *

-Gruee, obudź się. – usłyszałam głos
Zamrugałam powoli i podniosłam głowę. Nic nie widziałam. Musiałam usnąć na błoniach, a teraz, biorąc pod uwagę liczne gwiazdy i błyszczący księżyc było sporo po północy.
-C… C… C… Co się stało? G… Gdzie ja jestem? – powiedziałam szczękając zębami z zimna. – Tey? To ty?
-Tak to ja. Chyba zasnęłaś ucząc się… - spojrzał na podręcznik- … transmutacji. Nie możesz się tak przemęczać. Co jakbym cię nie znalazł? Spałabyś do rana.
- Ale ja mam w czwartek sprawdzian i muszę się uczyć – powiedziałam biorąc podręcznik do ręki z zamiarem przeczytania kolejnego rozdziału. Jednak Tey nie pozwolił mi na to.
- Odłóż to lepiej. – wyrwał mi podręcznik z rąk – Chodź do dormitorium, jesteś zbyt zmęczona żeby się teraz uczyć.
Wstałam dygotając z zimna. Był koniec listopada, a błonia były pokryte już od kilku tygodni śniegiem. Miałam na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawkiem i dżinsy.
- Masz, załóż to – powiedział chłopak zdejmując swoją kurtkę i podając mi ją.
Założyłam czarną skórę i poszliśmy w stronę pokoju wspólnego Gryffindoru.
Nagle usłyszałam ciche miałczenie. Tylko nie to! Tylko nie Pani Norris. Przyspieszyłam, żeby nie napotkać woźnego – Filcha. Jednak szybsze tempo wcale nie wyszło na dobre moim zmarzniętym nogom. Potknęłam się. Kiedy Tey pomógł mi się podnieść, było już za późno.
- Uczniowie nie są w łóżkach! – krzyknął stary złośliwy Filch – Zapraszam do mnie do gabinetu. Posiedzicie sobie tam trochę za karę.
Po tych słowach zarechotał jak ropucha. To znaczy zaśmiał się, jak mieszanka ropuchy z krową z świnią po pradziadku żuku. Cieszył się z cudzego nieszczęście, a w szczególności z nieszczęścia uczniów.
Gdy już znaleźliśmy się u niego w gabinecie, Tey wyczarował kubek z gorącą czekoladą i podał mi. Zanim zdążyłam go podnieść, machnął jeszcze dwa razy różdżką i na czekoladzie pojawiła się bita śmietana. Zaśmiałam się. Po kilku sekundach powtórzył czynność i na bitej śmietanie znalazła się pralinka w kształcie serca. Zjadłam cukierka i wypiłam czekoladę. Byłam bardzo zmęczona. Najwyraźniej nie tylko ja; woźny przysnął na chwilę. Korzystając z okazji wymknęliśmy się z jego gabinetu i poszliśmy w stronę pokoju wspólnego. Znów usłyszałam znajome „miaaaał”.
- Biegniemy! – krzyknął piękny brunet.
Chwila, chwila… Co ja gadam? To nie miało być tak. W każdym razie wiecie, o kogo chodzi.
Około dwie minuty później byliśmy już przed portretem Grubej Damy.
- Sok z dyni
Po tych słowach wypowiedzianych z  (pięknych) ust Tey’a, obraz odchylił się ukazując dziurę w ścianie, przez którą weszliśmy do pomieszczenia. Usiadłam wygodnie w fotelu i odpłynęłam.
Obudziłam się w ramionach tego czubka, który zabrał mnie z dworu. Chyba zauważył, że się obudziłam, bo od razu się odezwał.
- Ciii… Śpij. – powiedział głosem spokojnym, jak nigdy wcześniej – Zaniosę cię do dormitorium, nie musisz wstawać.
Podniósł mnie, zakołysał jakby usypiał niemowlaka, uśmiechnął się i poszedł w stronę mojego pokoju. Położył mnie delikatnie na łóżku, przykrył kołdrą. Nachylił się nade mną. Jego usta były już blisko mojego czoła, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Przejechał ciepłą dłonią po moim policzku i wyszedł po cichu, aby nie obudzić Elisy. Chciałam, jeszcze trochę się pouczyć, ale Tey miał rację, byłam zbyt zmęczona.
* * *
Pierwszą lekcją następnego dnia były eliksiry. Snape kazał nam uwarzyć Amortencję – najsilniejszy eliksir miłosny, którego zapach każdy odczuwa inaczej. Całe szczęście, uwarzenie go nie sprawiało mi problemu. Ćwiczyliśmy to w tamtym roku i dostałam powyżej oczekiwań. Czarnowłosy nauczycie, przypominający na pierwszy rzut oka księdza (nie tylko ja tak uważam) przechodził pomiędzy ławkami  oceniając, ale poprawniejszym słowem byłoby ‘krytykując’ eliksiry Gryfonów. Kiedy doszedł do mojej ławki, wziął głęboki oddech rozkoszując się zapachem, co świadczyło o tym, że mikstura wyszła idealnie. Stał i patrzył na różową substancję oddychając głęboko.
- Evans, udało ci się. Z wielkim, naprawdę ogromnym bólem serca, dodaję Gryffindorowi pięć punktów. – powiedział i poszedł dalej.
Snape nienawidził Gryfonów od zawsze. Nie kłamał, mówiąc, że dodaje im punkty z bólem serca. Przez resztę lekcji był bardzo wściekły, na to, że musiał przyznać, że eliksir wykonany przez Gryfonkę jest nadający się do użytku, jak on to określił, lecz każdy inny nauczyciel eliksirów, przyznałby, że ta mikstura była wykonana idealnie, jak na ucznia trzeciego roku i wykraczała poza jego możliwość. Jednak Snape ni był ‘każdym innym’ i nikt jeszcze nie słyszał, żeby pochwalił Gryfona.
Razem z Elisą wychodziłyśmy już z klasy, kiedy Nietoperz odezwał się.
- Evans, zostań tu chwilę.
Zatrzymałyśmy się patrząc na niego ze strachem.
- Thomas, ciebie o nic nie prosiłem! – warknął do Eli.
Moja przyjaciółka wyszła z sali, a ja zostałam w niej sama ze Snapem. Z starym, wrednym, nienawidzącym Gryfonów Snapem. Nie miałam pojęcia czego on ode mnie chce. Chciałam, uciec, ale wiedziałam, że wyglądałabym jak idiotka. Przecież to tyko nauczyciel prosił mnie o zostanie przez chwilę w klasie, żeby ze mną porozmawiać. Ale to nie jest zwykły nauczyciel. To jest SNAPE.
- Usiądź.
Wykonałam polecenie.
- Jak ci się to udało, Evans. Jesteś GRYFONKĄ! Gryfoni są, tępi, samolubni i parszywi! Żaden nie ma talentu do eliksirów! – krzyczał nauczyciel – Przyznaj się, jak się dowiedziałaś, że na tej lekcji będziemy warzyć Amortencję?! Ile nocy zarwałaś, żeby się tego nauczyć?!
- Nie wiedziałam. Warzyliśmy to na początku zeszłego roku, a do tego lubię eliksiry. Nie sądzę, żebym miała do tego jakiś niesamowity talent.
- Może talentu nie masz. Na pewno go nie masz! W końcu jesteś GRYFONKĄ, ale jako jedynej z klasy udało ci się uwarzyć dosyć poprawnie ten eliksir. – tutaj na chwilę przerwał i zaczął jakby dopiero teraz dotarła do niego cała treść tego, co przed chwilą powiedziałam. – Zaraz. Zaraz. Co ty powiedziałaś?! Lubisz eliksiry?! Do jasnej cholery! Jesteś Gryfonką! Gryfoni nie znoszą eliksirów, ani mnie! – z tym ostatnim miał rację. Gryfoni, z resztą jak wszyscy inni uczniowie z wyjątkiem Ślizgonów nienawidzą Snape’a. – Idź już Evans. Porozmawiamy na następnej lekcji.
Poszłam do Wielkiej Sali na drugie śniadanie. Usiadłam koło Eli i pochłonęłam ogromną ilość jedzenia. Ta rozmowa bardzo mnie zestresowała, przez co zgłodniałam. Następną lekcją było zielarstwo. Najgorszy przedmiot. Jednak, czasem się przydaje. Na drugim roku jest takich dwóch bliźniaków. Nazywają się chyba Weasley. Im zielarstwo się przydaje. Ostatnio wynaleźli taki atrament, który po dziesięciu minutach od dotknięcia pergaminu, zmieniał kolor na zgniło zielony i zaczynał strasznie śmierdzieć. Musieli używać do tego jakichś roślin, ale nikomu nie chcą zdradzić, jak to zrobili i w jaki sposób zdobyli składniki.
* * *
Po obiedzie, poszłam do pokoju wspólnego. Chciałam porozmawiać z Teyem o tym co wydarzyło się w nocy i o rozmowie ze Snapem. Niestety nie było go tam. Zauważyłam Eli biegnącą w moim kierunku.
- Co Snape od ciebie wtedy chciał? – zapytała zaciekawiona
Opowiedziałam jej o całej tej rozmowie i o tym jak obrażał Gryfonów. Czemu on ich tak nie lubi? Nie mam pojęcia, ale może kiedyś się dowiem… Usiadłam na miękkim fotelu w kącie obok kominka i zaczęłam pisać wypracowanie, które musiałam oddać już w czwartek. Nie sprawiło mi ono problemu. Napisałam szybko połowę niego i z nadzieją, że jutro będę miała czas napisać resztę, poszłam na błonia. Leżałam na kocu i czytałam ‘Quidditch przez wieki’. W tym roku kupiłam sobie nowego Nimbusa 2012 i czekam na rozgrywki szkolne. W zeszłym roku wygraliśmy! Mam nadzieję, że w tym dobra passa nas nie minie. W piątek będzie nabór nowych zawodników do drużyny. Eli chce być nową ścigającą. Zawsze uważałam, że ma talent, do Quidditcha i w tym roku udało mi się namówić ją, żeby wzięła udział w naborze do drużyny.


CZYTASZ -----> KOMENTUJESZ!  To bardzo motywuje ;)

piątek, 9 stycznia 2015

Zemsta jest słodka - Dzień pierwszy

Dzisiaj publikuję inne opowiadanie, a raczej jego początek ;)
Umówmy się tak: Czytasz -> komentujesz - to bardzo motywuje do pisania :)

Zemsta jest słodka - dzień pierwszy

-Charlotte to idiotka! Zemszczę się na niej! Jak mogła ośmieszyć mnie tak przed całą klasą?! – krzyczę.
- Daj spokój Meg. Przecież oni i tak zaraz zapomną, a jeśli coś jej zrobisz, to wpakujesz się w kłopoty. – uspokaja mnie Jane.
- Nie daruję jej! Teraz wszyscy będą się na mnie patrzeć jak na idiotkę.
- No nawet, jeśli chciałabyś się na niej zemścić, jak byś to zrobiła? To jest chodzący ideał. Blond włoski, dużo hajsu, idealny chłopak, idealna figura. Wszystko idealne. Nawet oceny ma dobre.
- Już wiem! Dzięki za pomysł Jane! – cmokam przyjaciółkę w policzek i odchodzę, a raczej próbuję odejść, bo Jane łapie mnie za nadgarstek.
- Chwila, chwila. Co ty planujesz?
- Bardzo ciekawe rzeczy. – mówię i uśmiecham się.
- Znam ten uśmiech i to spojrzenie. Nie szykujesz nic dobrego.
- No przecież, nie zaszkodzę niczym Panience-Idealnej. Ona ma idealne ubrania, idealne oceny, idealnego chłopaka… - podkreślam ostatnie słowa.
- Nie. Ty chyba żartujesz.
- Nie żartuję. Michael wcale nie jest zły. – śmieję się.
- Masz rację, należy jej się. Brawo Megan! Z chęcią ci pomogę w realizacji tego planu.
Super. Udało mi się namówić do współpracy moją przyjaciółkę. Szykuje się niezła zabawa.
- To ja już lecę. Zdzwonimy się na wieczór i obgadamy mniej więcej co i jak. – puszczam jej oczko i odchodzę w stronę domu.
- Okey. Do jutra w szkole!
Wracam do domu, siadam przy biurku i zaczynam odrabiać lekcje. Nienawidzę biologii, a nauczycielka doprowadza mnie do szału. Myślę, że ja ją też często wyprowadzam z równowagi, no ale cóż… nikt nie powiedział, że uczniowie są grzeczni na lekcji najgorszego nauczyciela w szkole. Są tacy nastolatkowie, co traktują ludzi z wzajemnością, tak jak ja, więc szanowna pani Selvars  na pewno nie ma ze mną wesoło. Tak naprawdę, to żaden uczeń w szkole jej nie lubi, ale większość się jej boi i dlatego tego nie okazują. Ja nie czuję strachu przed żadnym nauczycielem. Bardziej boję się tego, że dostanę złą ocenę, a wtedy będę miała przechlapane. Dlatego teraz odrabiam to gówno. Siedem stron z ćwiczeń i do tego notatka dotycząca dwóch poprzednich tematów w zeszycie. Jeśli nauczycielka ma zamiar to oceniać, to muszę dostać przynajmniej 4, a to nie będzie łatwe, bo pani mnie szczerze nienawidzi. Czasem się tylko zastanawiam, kto kogo bardziej nienawidzi. Czy ja jej, czy ona mnie? Ale ona chyba nie może nikogo nienawidzić, bo nienawiść to uczucie, a ta czarownica nie ma uczuć. Siedzę nad lekcjami do późnego wieczora, a później dzwonię do Jane.
- Hej, właśnie miałam do ciebie dzwonić. I jaki mamy plan na Świnkę Charlotte?
- Zaczynamy działanie od jutra. Ja zacznę flirtować z Michaelem, a ty dopilnujesz, żeby Szanowna Świnka to widziała.
- Ok. Ale, kiedy ty go złapiesz samego? Bo chyba nie napadniesz na niego, jak będzie się całował z Charlotte. Przecież on wszędzie z nią chodzi.
- Nie wszędzie. Na matmie siedzi przede mną, a po matmie mamy obiad. Powiem, mu żebyśmy usiedli w trójkę. Nasza Wieprzowinka pójdzie w odstawkę.
- No dobra, ale jak mam zrobić, żeby ona to widziała?
- Akurat jutro się nie musisz tym martwić, przecież ona zawsze stoi przed stołówką i patrzy się na Michaela. Czeka aż skończy jeść i do niej podejdzie, a wtedy znów łapią się za rączki i całują. Taki codzienny schemat. Świnka zdziwi się, kiedy nie podejdzie do niej, bo będzie zbyt zajęty rozmową z nami.
- No pewnie, że się zdziwi! Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę jej minę.
- Ja też. Pewnie ze Świni zmieni się w Krowę, albo coś jeszcze gorszego. – wybuchamy śmiechem.
Rozmawiamy przez chwilę o szkole, a później rozłączam się i idę do łazienki. Biorę gorący prysznic. Uwielbiam, kiedy gorąca woda, spływa po moim ciele. Rozkoszuję się tym uczuciem przez dłuższy czas. Wychodzę z łazienki i idę do łóżka. Otulam się kołdrą (potwory czają się pod łóżkiem) i biorę do ręki książkę. Jak na złość, powieść opowiada o dziewczynie, która odbija innej chłopaka.  Mówi się trudno. Odkładam książkę i decyduję się obejrzeć jakiś film. Tak, Bridget Jones zdecydowanie poprawi mi dziś humor.


środa, 7 stycznia 2015

Gruee/Tey

Dodaję Wam pierwszy rozdział. Wybaczcie, że na razie nie wrzucam innych opowiadań, ale muszę wszystkie dokończyć ;)


Rozdział I

3 LATA PÓŹNIEJ (teraźniejszość)
- Eli! Szybko! Już jest! – krzyczałam uradowana – Szybciej, nie otworzę tego bez Ciebie!
- Idę już idę…, a od kogo ten ważny list?
- Od Philipa! Wiesz.. no tego kumpla Tey’a
- Po co wgl do niego pisałaś? – pytała zdezorientowana Elisa
- Mówiłam ci w piątek na imprezie, że, kiedy poszliśmy na błonia, mówił mi coś o Tey’u i nie dokończył.
- A no tak.. Coś sobie przypominam.. – powiedziała sennym głosem
Była siódma rano, a za pół godziny zaczynały się zajęcia, więc nie dziwię się, że była senna.
- Oj chyba za dużo kremowego piwa wypiłaś na tej imprezie… - zażartowałam
- Daj spokój… wiesz, że tylko 3 butelki
- Ok., ok., nie tłumacz się…
- Chodźmy lepiej na lekcje, bo Snape da nam szlaban...
Pobiegłyśmy do lochów na lekcję Eliksirów. Zajęcie przebiegły jak zwykle nudno… Jedyną atrakcją był wybuch mikstury Ritty Marel. Akurat wtedy nad jej kociołkiem nachylał się Snape i skończyło się tak, że był cały w różowym glucie.
Po lekcjach wyciągnęłam Eli na błonia. Nie chciała iść, ale wiedziała, że ja nie odpuszczę, bo był tam Tey.
- Hej Barbie! – krzyknęłam do przyjaciela żartobliwie
- O! Siemka, jak tam u Was? – zapytał uśmiechając się w moją stronę (ma taaki piękny uśmiech *o*)
- Nic nowego, a u Ciebie?
- Słyszałem, że młoda Marel wycelowała w Snape’a różową mazią…
- Taak… nic nowego, jak mówiłam
Podeszłam bliżej do siedzącego blondyna i nagle poczułam, że ten Cwaniak trzyma mnie za nogę. Nie zdążyłam spojrzeć na niego, a już leżałam na ziemi śmiejąc się.
- Ale z Ciebie niezdara, Evas. – powiedział przysuwając się bliżej mnie – To co, teraz mam z tobą robić Ciamajdo?
- Co masz na myśli? – spytałam lekko wystraszona, ale dalej się śmiałam
- To.
Przysunął się bliżej, usiadł mi na udach i zaczął mnie łaskotać.
Piszczałam na cały głos, żeby tylko mnie zostawił, ale ten Czubek nie przestawał. Nie mogłam przestać się śmiać.
- Zostaw mnie! – krzyczałam nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Śmiałam się nie tylko pod wpływem łaskotek, ale też rozbawiła mnie jego obecność. On właśnie tak na mnie działa.
- Bo co mi zrobisz, Maluszku?
Biorąc pod uwagę, że jest cztery lata starszy ode mnie, mógł mnie tak nazywać.
- Haha, takiemu Olbrzymowi, chyba nie dam rady zrobić krzywdy!
Przestał na chwilę, ale ciągle na mnie siedział i nie pozwalał mi wstać.
- Co będę z tego miał jak przestanę? A raczej jeśli nie zacznę znowu?
- Hmmm… A co byś chciał?
- Yyyy…. Może twoją kurtkę? – zaproponował tonem typowego Cwaniaczka
Było zimno. Nie miałam pojęcia czemu mu ona do szczęścia potrzebna.
- Ale do czego ci ona?
- Zaufaj mi to na chwilkę. – powiedział uśmiechając się, jakby wiedział, że na widok jego uśmiechu nie jestem w stanie odmówić mu niczego
- A co jeśli nie dam Ci jej? – zapytałam
Lubię tak się z nim bawić.
- Sam sobie wezmę. – powiedział i rozsunął suwak od mojej kurtki, po czym ściągnął ją ze mnie z łatwością.
Leżałam na zimnej ziemi w koszulce bez rękawków.
Nie wiedziałam, co Tey ma zamiar teraz zrobić. Czy ją założy, czy może zatka mi nią usta i zacznie dalej łaskotać? Jednak to, co zrobił bardzo mnie zaskoczyło. Odłożył kurtkę na bok.
- Jakoś mi nie wygodnie tak siedzieć. – powiedział. Myślałam, że w tym momencie ze mnie zejdzie i pozwoli mi wstać. – Co ty na to, żebym się położył?- zapytał, ale nie czekał na odpowiedź.
Położył się na mnie przytulając mnie. Po chwili obrócił się na plecy, tak, że ja leżałam na nim. Turlaliśmy się tak nie mogąc powiedzieć ani słowa. W rozmowie przeszkadzał nam śmiech.

* * *
- Mówię Ci, to nie jest dobry pomysł. Opuściłaś się z zaklęć. Nie chcesz chyba, żeby nauczyciele myśleli, że się nie uczysz.
- Nic się nie stanie, przecież mamy paru kumpli Ślizgonów, a Snape się nie kapnie. A do tego Tey mówił że trzyma się z kilkoma osobami z Ravenclawu i poprosi ich, żeby nas kryli.
- Impreza u Ślizgonów i zapraszają nas – Gryfonów… Nie brzmi to troszkę podejrzanie?
- Może trochę, ale nie wierzę, że może być aż tak źle- przekonywałam przyjaciółkę
- A co jeżeli Sanpe nas jednak nakryje? Zobaczy nas z Tey’em, a wiesz, że oni nie za bardzo się lubią, szczególnie, że Tey prawie nie zdał w zeszłym roku właśnie przez tego starego Nietoperza!
- Masz racje.. może być słabo. Chodźmy, powiemy Teyowi, że nie idziemy.
-Może mu zaproponujemy coś w trójkę w ten wieczór, żeby się sam w kłopoty nie wpakował? Mogłoby się to źle skończyć.
- Masz rację… Coś, czemu się nie oprze…
- Coś, co uwielbia robić i będzie miał z tego satysfakcję i przy okazji się pośmiejemy.
- Wiem! – krzyknęłam – Tey uwielbia ścigać się na miotle. Możemy pożyczyć od Philipa Nimbusa i zaproponować, że zmierzymy mu czas :D
- OK. Phil się na pewno zgodzi, więc musimy o tym poinformować Tey’a.

* * *

Po północy, wymknęłyśmy się z dormitorium i poszłyśmy na błonia Hogwartu, gdzie umówiłyśmy się z Barbie.
- Co chciałeś nam pokazać? – spytałam ziewając.
- Teoretycznie to nic, ale chciałem wybrać się z Wami na kremowe piwo. Znam przejście.
- Każdy je zna. – powiedziała Eli – Nie wiem, jak Wam, ale mi się nie chce tam iść, bo jestem zmęczona.
- Masz racje, chodźmy do łóżek – powiedziałam
Poszłyśmy do dormitorium i położyłyśmy się w łóżkach. Elisa szybko zasnęła, a ja leżałam na łóżku i myślałam o Tey’u.
Usnęłam. Obudził mnie chłodny wiatr. Otworzyłam oczy. Leżałam na trawie na błoniach, a obok mnie leżał Tey. Patrzył w gwiazdy i zapewne nie zauważył, że się obudziłam.
-Co ja tu robię? – zapytałam trzęsąc się z zimna
- Pomyślałem, że jeśli Eli jest zmęczona, to przejdziemy się na spacer po Hogsmead.
- Zwariowałeś? Wyniosłeś mnie z łóżka, żeby przejść się ze mną na spacer?!
- No.. tak
- Zaraz, zaraz… Czyli, wkradłeś się do damskiego dormitorium, znalazłeś mój pokój, podniosłeś mnie i uciekłeś? Jak ci się to udało? Chwileczkę… Jestem w ubraniu, a byłam w piżamie. Czy ty mnie przebrałeś?!
- W piżamie byłoby Ci zimno. – powiedział głosem niewiniątka – i założyłem ci moją skórę, bo nie mogłem znaleźć twojej kurtki, chyba jest gdzieś na błoniach…
- Czyli, że mnie przebrałeś?! Jakim cudem ja się nie obudziłam?
- Mnie się pytasz? To ty taki mocny sen masz. – powiedział jakby się tłumaczył – To jak idziemy na ten spacer, czy nie?
- Jak już się tak bardzo postarałeś, to mogę się przejść…
Szliśmy ciemnymi alejkami wioski rozmawiając ze sobą. Nie tak jak zawsze, nie było śmiechów, ani wygłupów. Rozmawialiśmy normalnie. O wszystkim i o niczym. Postanowiłam poruszyć temat imprezy u Ślizgonów i zaproponować mu trening Quidditcha w zamian tego. Zgodził się bez problemu.
Z Hogsmead wróciliśmy o piątej rano. Za trzy godziny mam zaklęcia! Znów dostanę dodatkową pracę od Flitwicka! Nie zdążę się poprawić przed końcem semestru! Obiecałam profesor McGonagall, że będę miała ze wszystkiego minimum P. Muszę się szybko wyrobić.
Ubrałam się, wzięłam książkę i pobiegłam pod salę. Całe szczęście zdążyłam.
Po lekcjach poszłam do pokoju wspólnego Gryffindoru. Nie miałam już  ochoty na spotkanie z Tey’em.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Gruee/Tey

Dzisiaj dodaję drugą część prologu Gruee/Tey ;)
Tutaj również krótko i trochę nudniej niż ostatnio.
Miłego czytania ;)

Prolog cz. II

- Nienawidzę cię! Nie odzywaj się do mnie! – krzyczałam z łzami w oczach – Nie chcę słuchać twoich tłumaczeń!
- Gruee, opanuj się, chciałem ci powiedzieć ale nie mog…
- Niby czemu?! Co by się takiego stało?! Nie ufałeś mi!
-Ufałem, nadal ufam, al…
- Nie kłam!
- Przepraszam cię… - powiedział Tey i wyszedł z przedziału.
Siedziałam sama starając się odgonić od siebie myśli o tej kłótni. Bezskutecznie. Byłam załamana. „Niepotrzebnie mówiłam mu, że go nienawidzę, przecież ja wcale tak nie myślę”  - szeptałam do siebie.
Nagle do przedziału weszła jakaś dziewczynka. Miała ognisto rude włosy i była troszkę niższa ode mnie.
- Cześć! Jestem Elisa Thomas, a ty? – spytała zaciekawiona – też jesteś na pierwszym roku? Jak myślisz, do jakiego domu będziesz należała?
-Hej.. Jestem Gruee… Gruee Evans – odpowiedziałam.
Czułam się bardzo niezręcznie rozmawiając z obcą osobą, która była wyraźnie weselsza ode mnie.
- Mogę usiąść? – zapytała rozpromieniona
- Yyy… tak.. Jasne
-To jak? Obstawiasz, do którego domu przydzieli cię Tiara?
- Emm.. Nie… Nie myślałam o tym – nic nie rozumiałam. Co to za Tiara? Nigdy o niej nie słyszałam. O co chodzi z domami?
* * *
- Proszę się przebrać w szaty! – zabrzmiał głos konduktora.
Grzecznie wykonałam polecenie. Całe szczęście, że w dniu wyjazdu pod moimi drzwiami jakimś dziwnym sposobem znalazł się kufer z potrzebnymi rzeczami i klatka z sową.
Dojechaliśmy na miejsce.
* * *
- Gryffindor!!! – krzyknęła Tiara Przydziału, kiedy znalazła się na mojej głowie. Wszyscy, siedzący przy stole Gryffindoru zaczęli klaskać. Bardzo się cieszyłam. Kiedy Elisa opowiadała mi o domach w Hogwarcie, pomyślałam sobie, że właśnie tutaj chciałabym trafić. Usiadłam przy stole. Zauważyłam, że kilka miejsc ode mnie siedzi Tey. Starałam się nie zwracać na niego uwagi.
 Po kilku minutach Elisa również została przydzielona do domu lwa. Usiadła koło mnie i z ciekawością przyglądałyśmy się innym wystraszonym pierwszoroczniakom. 

Nigdy bym się nie spodziewała, że Elisa zostanie moją najlepszą przyjaciółką. 

niedziela, 4 stycznia 2015

Gruee / Tey

Witam. 
Oto pierwsza część prologu ff na podstawie Harry'ego Pottera. Parring OC/OC. 
Miłego czytania!

Prolog. 

Tak to ja – Gruee Evans. Dziś, dość dobrze znana, ale jeszcze dwa lata temu nikt nie wiedział o moim istnieniu. Przynajmniej tak mi się zdawało.
Moja mama była bardzo zapracowana, a Tata… On od początku uważał, że powinnam iść do szpitala dla chorych umysłowo.
Przydarzały mi się różne dziwne rzeczy. Kiedyś nawet rozmawiałam z moim kotem. Ja jestem nadal przekonana, że on mnie rozumiał, ale nikt mi nie chciał uwierzyć.
Wiedziałam, że jestem inna. Nie taka, jak wszyscy dookoła mnie. Ale wiedziałam, że nie tylko ja. Miałam dziwne przeczucie, że mój najlepszy przyjaciel (nadal nie rozumiem czemu nie jest moim chłopakiem!) coś przede mną ukrywa.
Od kilku lat widywałam się z nim tylko w wakacje. Mówił, że chodzi do szkoły z internatem, ale ciężko mi było w to uwierzyć, bo nigdy nie tryskał taką inteligencją, żeby sobie poradzić samemu chociażby w pracach dodatkowych.
Pewnego wieczoru, dokładnie w moje jedenaste urodziny, siedziałam sama w pokoju. Patrzyłam przez szeroko otwarte okno na błyszczący, srebrny księżyc i myślałam u Tey’u.
- Czy on coś przede mną ukrywa? Czemu nie chce mi o tym powiedzieć? Zawsze byłam jego wsparciem, wiedział, że może mi powiedzieć wszystko. Czy coś się zmieniło? – szeptałam sama do siebie.
Opadłam zmęczona na łóżku, dalej myśląc o moim przyjacielu. Nagle usłyszałam jakiś hałas… Jakby trzepot skrzydeł (?). Odwróciłam się w stronę okna, i zobaczyłam piękną, dużą sowę. Podeszłam do niej, a ta rzuciła pod moje stopy kopertę i odleciała.  Szybko rozdarłam kopertę i przeczytałam list.
Szanowna Pani Evans,
Mamy przyjemność poinformowania Panią, że została Pani przyjęta do szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pani sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,

Minerva McGonagall,
zastępca dyrektora
Ten list odmienił moje życie. Zjawiłam się na peronie 9 ¾ pierwszego września.
Nagle mignęła mi przed oczami znajoma twarz… „Niee to niemożliwe!” skarciłam samą siebie w myślach.
Zacisnęłam mocno powieki, żeby pozbyć się męczącej mnie myśli. „Przecież to nie może być on! To niemożliwe! On nie jest czarodziejem… On wyje…” I wtedy ktoś mnie przytulił. Poczułam znajome męskie perfumy. Usłyszałam miły, pełny ciepła głos Tey’a:
- Witaj Gruee! – powiedział jakby z ulgą w głosie.
- Cześć! Nie wiedziałam, że ty jesteś cza… - ale przerwał mi gwizd pociągu.

* * *

Tamtego dnia wszystko się zmieniło.