poniedziałek, 16 marca 2015

Zemsta jest słodka - dzień drugi

Dzisiaj dodaję kolejną część opowiadania "Zemsta jest słodka", które jest typowym romansidłem dla typowych nastolatek. One zapewne skomentowałby to opowiadanie "Ojejku! Jak słodko!" albo po angielsku, żeby wpasować się w 'modę' "Oh! How sweet!"
Nie chcę nic nie wnoszących komentarzy, więc jeśli nie jesteś typową nastolatką, która jest ślepo zakochana w Justinie Biberze - z chęcią poznam Twoją opinię! BEZ URAZY DLA BIELIEBERS
Od razu dodam, że opowiadanie pisałam trochę na siłę (koleżanka kazała) xD.
Miłego czytania!

Zemsta jest słodka - dzień drugi

Wstaję wcześnie rano. Z resztą, codziennie tak wstaje, ale do cholery, w pół do siódmej to jest wcześnie. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że lekcje zaczynam dopiero o 9:50. Czego się nie robi dla zemsty? Nie ma takiej rzeczy. Dla zemsty można zrobić wszystko.
Myję się, ubieram i idę do kuchni. Całe szczęście mama naszykowała mi kanapkę, więc nie muszę się spieszyć, żeby zdążyć na autobus. Spokojnie zjadam śniadanie, zakładam buty i kurtkę, biorę plecak i wychodzę z domu. Pod drodze na przystanek spotykam kilku kolegów i idziemy razem, ale wszyscy są tak niewyspani, że nasza rozmowa kończy się na „Cześć”, a dalsze kilkadziesiąt metrów pokonujemy w milczeniu. Dochodzimy na przystanek, akurat w tym momencie, w którym podjeżdża autobus, więc wsiadamy do środka i jedziemy do miejsca tortur, potocznie zwanego gimnazjum.
Wchodzę do szatni, gdzie już czeka na mnie Jane.
-Hej! Jak ci się spało? – pyta rozbudzonym, pełnym energii głosem.
- Ok. – odpowiadam krótko. Powinna się domyślić, że jeszcze się nie obudziłam. Przecież wie, że nie raz siedzę prawie do rana przed komputerem i stukam w klawiaturę, czego wynikiem jest coś, co inni nazywają opowiadaniami. Ja raczej by powiedziała, że to zbiór słów nie mając ładu, ani składu, a tym bardziej sensu. Cóż… O gustach się nie dyskutuję. Nawet trochę się cieszę, że niektórym podoba się praca moich palców, które wieczorami stukają i stukają w klawisze. W ten sposób tworzą się literki, ale czym to będzie, jeżeli komputer się zresetuje. Zniknie. Zniknie tak samo, jak my kiedyś znikniemy z tego świata. Na początku będzie mi szkoda tych pikselowych słów, ale później stworzę nowe i prawie zapomnę o tych. Po naszej śmierci, ktoś zapłacze raz, może dwa, ale co to ma za znaczenie, jeżeli po krótszym lub dłuższym czasie znajdzie sobie nowych przyjaciół i prawie o nas zapomni? Nie ma żadnego.
W trakcie moich przemyśleń Jane zapewne coś mówiła, ale widzi, że jestem ledwo przytomna, więc nie powinna się zdziwić, jeżeli stwierdzę, że nic do mnie nie mówiła, albo że jej nie było w szatni.
- Tak, jasne – przytakuję, żeby nie wydało się, że nie słucham i prawie śpię.
Po kilku, może kilkunastu minutach zaczynam kontaktować w miarę normalnie i nie zachowuję się już, jakbym miała potężnego kaca, więc idziemy do świetlicy i zaczynamy obmawiać plan działania. Dzisiejszy wcale nie miał być trudny. Obiady w szkole jemy we troje: ja, Jane i Michael, więc nie będzie problemu. Co prawda, Mich przeważnie siedzi przy stoliku ze swoimi kumplami ze starszych klas, ale jest na tyle uprzejmy, że jeśli go poprosimy, zgodzi się z nami usiąść. Dalej wszystko potoczy się swoim torem. Kilka drobnych uśmiechów i viola, na dziś powinno starczyć.
Kończymy obmyślać plan i zajmujemy się nauką, bo przecież czarownica Selvars może zrobić niezapowiedzianą kartkówkę, a mamy jeszcze godzinę, zanim zaczniemy lekcje, więc możemy jakoś wykorzystać ten czas.
O godzinie 9:40 dzwoni dzwonek na przerwę. Wychodzimy ze świetlicy i udajemy się do sali lekcyjnej… Poprawka – sali, w której niewyspani uczniowie są zmuszani do myślenia. O tak, ta nazwa zdecydowanie bardziej pasuje.
Pierwsza lekcja mija w miarę dobrze, nawet udaje mi się nie usnąć. Następna jest matma.
- Uczyłaś się? – zagaduje jedna z moich koleżanek, Dominika.
- A po co? Pani chyba nie będzie pytać, co nie? Obliczać te różne pola umiem.
- Dzisiaj jest kartkówka z trzech ostatnich lekcji.
- No chyba sobie żartujesz? Przecież ja to zawalę! – krzyczę rozdrażniona. Jak mogłam o tym zapomnieć? Przecież powinnam mieć to zapisane w zeszycie. Chwila… Ja mam to zapisane w zeszycie, tylko szkoda, że nie mam zeszytu. Tak to jest pożyczać zeszyty komuś, kto chodzi do szkoły co drugi dzień. No trudno. Trzeba liczyć na trochę szczęścia.
Dzwoni dzwonek, który obwieszcza początek męczarni umysłowych.
- Kolejną porcję tortur dzisiejszego dnia czas zacząć – mówię, po czym odnajduję wzrokiem Jane i posyłam jej smutny uśmiech.
Lekcja toczy się normalnie, czyli nudno. Zupełnie nie zwracam uwagi na to, co dzieje się w klasie. Od czasu do czasu zerkam tylko do zeszytu Aleksa, który siedzi za mną, żeby dowiedzieć się, które zadania powinnam mieć zapisane w zeszycie. Ostrożności nigdy za wiele, a nie chciałabym być przyłapana na nie zapisywaniu zadań.
W pewnej chwili wpadam na pewien pomysł, co prawda trochę ryzykowny, ale jednak błyskotliwy (jak wszystkie moje pomysły, skromnie mówiąc). Postanawiam nie przepisywać zadań od Aleksa, ani od nikogo innego. Pod koniec lekcji wcisnę Michaelowi kit, że zapomniałam zeszytu i poproszę go, żeby mi pożyczył. Tak. To będzie dobry pretekst, żeby do niego zagadać.
Mój idealny plan wiedzie się idealnie. Mich z uśmiechem pożycza mi zeszyt. Parę ruchów rzęsami, sztuczny rumieniec i uroczy uśmiech. To w zupełności wystarcza, żeby zainteresował się mną. Teraz pozostaje udawanie niedostępnej. Niech się postara. Nie ważne, że chodzi z łaciatą, włochatą świnią Charlotte, nie oprze się chęci flirtu.
Po lekcji razem z Jane idziemy wolnym krokiem do stołówki. Zazwyczaj biegniemy, żeby byś na początku kolejki, ale teraz mam inny plan. Dochodzimy do końca ogromnej kolejki i rozglądamy się za kimś znajomym, kto mógłby nas przepuścić (czytaj: Michael).  Odnajduję go wzrokiem i każę Jane zaczekać, aż ją zawołam, a sama idę w jego stronę. Oby mnie nie zobaczył dyżurny, który pilnuje dzieciaków stojąych w kolejce, żeby się nie „wpychały”. Dochodzę do niego lekko przyśpieszonym krokiem, ładnie się uśmiecham i pytam:
- Hej, Mich, przepuścisz mnie, no nie?
- Jasne, ciebie zawsze – dodaje z zadziornym uśmieszkiem. Miałam rację, że się nie oprze, szczególnie, kiedy zacznę odpowiadać na jego zaloty.
- Jak miło – mówię, delikatnie przeciągając wyrazy.
- Lubię sprawiać ludziom przyjemność. Szczególnie dziewczynom, a jeszcze szczególniej tobie – zauważam w jego oku błysk spowodowany chęcią przejścia do rzeczy, ale wie, że nie może. Ma dziewczynę, co postanawiam mu przypomnieć.
- Zapominasz się kolego. Jesteś z Charlotte – uśmiech nie znika mi z twarzy, ale nie jest też wyraźny. Czai się delikatnie gdzieś w kącikach ust. Muszę pamiętać, że nie mogę mieć banana na twarzy.
Odwracam się za siebie, żeby zawołać Jane, tym samym zmuszając Michaela do czekania z odpowiedzią. Nie mogę dać po sobie poznać, że mi zależy. Bo nie zależy. Przynajmniej nie na nim. Na zemście – owszem, na Michaelu – nie.
Jane podchodzi i staje za mną wyprzedzając jakichś chłopaków.
- Co tam, gołąbeczki? – prowokuje moja przyjaciółka. Widocznie ma niezły ubaw z mojego dokładnie dopracowanego planu i chce zobaczyć moją reakcję na coś, czego nie planowałyśmy.
- Bardzo dobrze, właśnie rozmawialiśmy o Charlotte – odpowiadam udając, że sugerowanie, że jesteśmy w sobie zakochani mi nie przeszkadza. Mich też się nie sprzeciwia, więc ciągnę dalej to, co zaczęła Jane. – Wiesz, my takie gołąbeczki zakochane, ale z nią będzie problem. Nie będzie chciała znieść myśli, że Mich ją rzuci. Aż mi się jej szkoda zrobiło – śmiejemy się we dwie głośno. Nasz towarzysz jedynie się uśmiecha, ale szybko podejmuje wątek.
- Czy ja o czymś nie wiem, Meg?
- Nie pamiętasz wczorajszej nocy? Przecież było tak miło.
- A, to o to chodzi. Cóż, muszę przyznać, że znasz się na rzeczy.
- Ty również.
- Miło słyszeć komplement z twoich ust.
- A co, są takie piękne, że najlepsze komplementy padają właśnie z nich – bardziej stwierdzam, niż pytam.
- Ależ oczywiście. Są takie… takie… - tu robi małą przerwę – seksowne.
- Ty też masz coś seksownego – mierzę go wzrokiem od dołu, zatrzymując wzrok sekundę dłużej poniżej bioder.
Wszyscy wybuchamy głośnym śmiechem powstrzymywanym od początku tej rozmowy. Właśnie zmieniłam idealnego chłopaka idealnej dziewczyny w istnego diabełka.
I dobrze mi z tym.
***
Jemy obiad w dobrych humorach, co jakiś czas wybuchamy głośnym śmiechem. Pod koniec przerwy, jak przewidziałam, koło wejścia na stołówkę stoi już szanowna świnka. Pora przejść do bardziej zdecydowanego flirtu.
- Ci nauczyciele chyba zwariowali. Mamy szafki, a podręczniki i tak musimy nosić, bo zadają multum pracy domowej. Dzisiaj myślałam, że nie doniosę plecaka pod salę matematyczną – prowokacja do pomocy. Mich jest dżentelmenem. Na pewno zaproponuje, że zaniesie mój plecak.
- Mam tak samo. Za każdym razem, kiedy podnoszę torbę z książkami, mam wrażenie, że zaraz się rozerwie – Jane pomaga mi podtrzymać temat, ale zaraz poprawia się i mówi, że jej starszy brat przez całą drogę do szkoły niósł jej torbę i pomaga jej, kiedy mamy lekcje na najwyższym piętrze.
- Może ci pomóc z plecakiem, Meg? Bo widzę, że Jane ma swojego służącego – parskamy śmiechem.
- Nie chciałabym, żebyś był moim służącym. Miano rycerza pasuje bardziej – odpowiadam ironicznie – A co na to Charlotte? Nie będzie zazdrosna?
- Nie powinna mieć z tym problemu.
- Dzięki wielkie – szybko upewniam się, czy wieprzowina nadal nas obserwuje i kiedy orientuję się, że nie spuszcza z nas oczu, daję Michaelowi słodkiego buziaka w policzek – Jesteś kochany.
- Wiem
- Twoja skromność mnie peszy.
- Oj, niedobrze. Rycerz nie powinien peszyć swojej damy – kolejny wybuch śmiechu – W imię rycerskiego honoru pozwól, że odniosę twój talerz, panienko.
Rada do wszystkich chłopców. Średniowieczny szyk zdania i francuski akcent to nie jest dobre połączenie!
Mich odnosi naczynia po naszej trójce i wychodzimy uśmiechnięci z pomieszczenia. Chłopak jest tak zajęty rozmową z Jane, że zapomina o swojej dziewczynie i mija ją bez słowa. Ja zdążam posłać jej złowieszczy uśmieszek i znów odwracam wzrok w stronę przyjaciół.
***
Kiedy wracam do domu jestem zbyt zmęczona, żeby zrobić cokolwiek. Piszę kilka stron w pamiętniku, szczegółowo opisując powodzenie mojego planu i zasypiam.

niedziela, 8 marca 2015

True love, big love, my dreams

Dzisiaj postanowiłam dodać miniaturkę z serii Gruee/Tey. Jest to typowe romansidło dla dziewczyn, więc z okazji dnia kobiet życzę Wam spełnienia marzeń, cierpliwości do chłopców i takiego chłopaka, jakim jest Tey w tej miniaturce.
Panowie też mogą poczytać i się czegoś nauczyć.
Od razu mówię, że miniaturka miała być wstępnie rozdziałem ale zapomniałam o wątku dotyczącym Mistrza Eliksirów, więc przerobiłam to na typowy romans. Opowiadanie było zaczęte jeszcze przed świętami i nie miało szans na skończenie, ale jedna osoba poprosiła mnie, żebym napisała jakąś miniaturkę o Gruee, więc publikuję :D
Przy okazji dedykuję to Mariance Klimczak :D

True love, big love, my dreams

Siedziałam na błoniach. Patrzyłam na spadające powoli płatki śniegu. Widok był przepiękny. Ogromny Hogwart pokryty białym puchem i zamarznięte jezioro. Zakazany Las wyglądał z daleka jak magiczna kraina opisywana w bajkach. Wszystko to było przepiękne. Właśnie za takie widoki kocham zimę. Siedziałam tak i myślałam o wszystkim co się do tej pory wydarzyło. Poznałam Elisę, moją najlepszą przyjaciółkę. Jest wspaniałą osobą. Nie wiem jakby wyglądał dzisiejszy dzień gdybym jej nie znała. Może już bym nie żyła, albo dawno wyrzuciliby mnie z Hogwartu. Jest jeszcze Tey. Przyjaźnimy się od dawna i jest trochę starszy. Cóż, nikt nie powiedział, że jeżeli ty się w kimś zakochasz, to ta osoba musi kochać ciebie. Nikt tak nie powiedział, to prawda, ale jestem na tyle tępa żeby mieć nadzieję. Wiem, że wszyscy powtarzają że ona jest matką głupich. Przyznaję się jestem głupia i to bardzo. Za bardzo. Nikt inny nie wierzyłby, że może się zdarzyć jakiś cud i Tey by mnie pokochał. Nauczyłam się już z tym żyć. Wolę siedzieć przy nim cicho i się z nim przyjaźnić, mieć go blisko siebie, móc go przytulić i pocałować w policzek, niż powiedzieć kilka słów za dużo, znaleźć się w bardzo niezręcznej sytuacji i go stracić. Jutro Wigilia. Może jednak stanie się jakiś cud? Może on mnie jednak kocha? Przecież jego przyjaciel mówił mi że z kimś rozmawiał o jakiejś dziewczynie. Podobno nie wie jak jej coś powiedzieć. W tym tkwi problem. Nie wiem jaka to dziewczyna  i co chce jej powiedzieć. Może to być każda. 99 procent dziewczyn w szkole się w nim podkochuje. Jest jednak różnica między mną, a resztą. Ja go znam od zawsze, a one widziały go parę razy, więc może to mnie miał wtedy na myśli. Kto wie? Z resztą, nie powinnam teraz o tym myśleć. Muszę wybrać się do Hogsmead żeby kupić prezenty gwiazdkowe dla Teya i Elisy. Wigilia już za 4 dni a ja nadal nie mam pomysłu na upominki. Muszę się dogadać z Elisą co do prezentu dla Teya. Chciałyśmy się zrzucić i kupić mu coś droższego. Myślałyśmy nad nową miotłą, ale jest za droga i zdecydowałyśmy, że kupimy jakaś książkę o Quidditchu.
Wstałam z ziemi i udałam się w stronę zamku. Byłam już przy drzwiach gdy nagle ktoś zakrył mi oczy.
- Gdzie tak kopytkujesz, Młoda? – odezwał się przyciszony głos tuż za moim uchem.
- Tey! Hahaha. Cześć! – Powitałam go ze śmiechem i odwróciłam się w jego stronę. – Chciałam poszukać Elisy, ale jak zwykle wykorzystujesz swój dar w psuciu moich planów. – Odparłam nadal się śmiejąc.
- Hej! To nie ja ciągle siedzę w twoich myślach i nie pozwalam przestać o mnie myśleć!
- Czubek z ciebie. – powiedziałam i szturchnęłam go łokciem.
- Wiem. – powiedział po czym podniósł mnie wysoko nad głowę i zaczął się kręcić wokół własnej osi. – Ale to nie ja udaję samolot latając w kółko.
Roześmiałam się. Postawił mnie na nogi i pocałował przyjacielsko w czoło. Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wielkiego drzewa. Dobiegliśmy tam i zaczęliśmy się przepychać. Po długiej „walce” przewrócił mnie na ziemię, a ja pociągnęłam go za sobą.  Turlaliśmy się po śniegu śmiejąc się. W momencie, kiedy ja leżałam na ziemi, Tey przytrzymał mnie i nie pozwolił obrócić się znowu. Leżeliśmy tak. Byliśmy bardzo blisko siebie. Nasze usta prawie się stykały. Wystarczyłoby zrobienie malutkiego, prawie nie widocznego ruchu, i pocałowalibyśmy się, ale nie chciałam robić tego ruchu pierwsza. Chciałam żeby on zauważył to, co ja w czułam. Tey patrzył się na moje usta, ale, kiedy zorientował się, że to zauważyłam, od razu przeniósł wzrok na moje oczy. Patrzył w nie głęboko, jakby chciał zobaczyć, co dzieje się w mojej głowie. Działo się w niej dużo. Zdecydowanie za dużo, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Patrzyłam w jego oczy równie intensywnie. Myślałam o wszystkim. Czy gdyby mnie teraz pocałował, bylibyśmy ze sobą? Jeżeli tak, to co by było gdybyśmy kiedyś zerwali? Czy nadal byśmy się przyjaźnili? Dręczyły mnie te pytania, ale z drugiej strony bardzo chciałam, żeby mnie pocałował. Chciałam poczuć jego usta na moich. Kochałam go, a tego nic nigdy nie mogło zmienić. Podobno najpiękniejsza miłość rodzi się z przyjaźni. Miałam taką nadzieję. Pragnęłam teraz jego miłości. Chciałam, żeby się okazało, że on czuje to samo do mnie. Chciałam tego pocałunku najbardziej na świecie. Pragnęłam tego jednego i miliona następnych, ale nie mogłam zdradzić tego pragnienia. Nie byłam pewna czy on czuje to samo. Nie wiedziałam, czy on też tego pragnie. Gdyby tak nie było, a moje uczucia wydałyby się, mogłoby się bardzo skomplikować. Nie wiem jakby to przyjął. Przyjaźnimy się od zawsze. Czy nasze stosunki nie uległyby zmianie? Czy nasza przyjaźń by się nie skończyła? Czy byłoby tak jak zawsze? Nie znałam odpowiedzi na te pytania, więc nie mogłam ryzykować. Miałam tylko nadzieję, że on czuje to samo, co ja i kiedyś mi to powie.
Toczyliśmy walkę na spojrzenia, aż w końcu Tey wykonał ten minimalny ruch. Pocałował mnie, a raczej dał buziaka. Mały buziak, nawet nie w pocałunek, ale delikatne zetknięcie się jego ust z moimi dał mi pełnię szczęścia. Moje spojrzenie złagodniało. Nie patrzyłam już tak intensywnie w jego oczy. Patrzyłam lekko, delikatnie, luźno. Oczy miałam jakby za cieniutką mgiełką. Mgiełką szczęścia, mgiełką radości, mgiełką rozkoszy. Mgiełką miłości.
- Chciałaś tego, prawda? – spytał Tey głosem pełnym czułości. – Czekałaś na to
- Mhmm – mruknęłam. Nie wypowiedziałam żadnego słowa, bo nie byłam w stanie, jedyne na co było mnie stać, to cichy pomruk. Czułam, że moje policzki robią się czerwone, a usta rozciągają się w uśmiechu. Nie panowałam już nad tym. Musiałam chociaż w minimalnym stopniu wyrazić swoje szczęście.
- Jeszcze? – szepnął mi prosto do ucha, po czym musnął jego płatek ustami. – Chcesz? – pytał czułym, a zarazem tajemniczym głosem.
Wydałam z siebie coś podobnego do mruknięcia pomieszanego z jękiem rozkoszy na potwierdzenie. Chciałam. Bardzo chciałam, a on to wiedział. Przysunął się najbliżej, jak tylko mógł. Wtuliłam się w jego ciało i patrzyłam mu w oczy. Oblizałam delikatnie górną wargę.
- Nie drażnij mnie w ten sposób – jęknął cicho.
Nasze usta znów dzieliły tylko centymetry, a zaraz potem zetknęły się. Delikatnie przejechał po moich wargach językiem, zachęcając mnie, żebym je rozchyliła. Zrobiłam to. Jego język delikatnie pieścił mój, a później oba złączyły się w dzikim tańcu. Pocałunek jest trochę jak tango. Najpierw powoli, delikatnie, a kiedy obie osoby poczują rytm, zaczyna się szybki, zawzięty i przepełniony erotyką taniec. Cudowną chwilę przerwał nam Marcus, kolega Teya.
- Ekhm . Nie chciałbym przeszkadzać, ale stary Filch jest na ciebie wściekły, Tey.
- A za co znowu? Chyba się nie obraził za to, że po prostu nie lubię jego zapchlonego kota. – odpowiedział Pan Idealny, który kończąc pocałunek położył się koło mnie i splótł nasze dłonie.
-Nie wiem, stary, ale radziłbym ci mieć się na baczności, podobno paru uczniów już przez niego kiblowało.
-Pff. Akurat jego się nie boję. Już bardziej przeraża mnie Trelawney. Ona i to jej wewnętrzne oko. Serio, aż można dostać ciarek na plecach. – próbował udawać poważnego.
Jego kumpel odszedł, zostawiając nas w spokoju, a Tey dał mi jeszcze przelotnego buziaka i wstaliśmy, ciągle trzymając się za ręce. Nie puścił mojej dłoni zaraz po podniesieniu się z ziemi, jak robił to zazwyczaj, ale faktem jest też to, że zazwyczaj (czytaj: nigdy wcześniej) się nie całowaliśmy. Poszliśmy razem do pokoju wspólnego. Siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy z innymi. Ciągle trzymaliśmy się za ręce i myślałam, że w plotkarskiej społeczności Gryfonów, zaraz wszyscy będą szeptać, ale jednak nikogo nie zdziwił ten fakt. Czułam się przy nim bardzo swobodnie. Już nie traktował mnie jak siostry. Teraz przytulał mnie i trzymał za rękę, żeby zaraz móc złożyć na moich ustach kolejny pocałunek.