Dzisiaj coś nawiązującego do MŚ w piłce ręcznej i jednocześnie prezent urodzinowy dla mojej siostry! 100 latek, Kamilko, spełnienia marzeń! Kocham Cię!
Ciepło. Bardzo ciepło.
Wręcz gorąco, a nawet upał. Bardzo lubię lato, ale pogoda panująca w Katarze,
to jednak mała przesada. Przecież utaj się nie da robić nic, co wymaga
najmniejszego wysiłku fizycznego.
Mimo wszystko bardzo
się cieszę, że tu jestem. Ja po prostu bardzo lubię na wszystko narzekać. Nie
znajdzie się na świecie nic, czego nie dałabym rady skrytykować. Wbrew mojemu
narzekaniu na wszystko, co jest dookoła w Katarze jest naprawdę bardzo miło.
No, może poza tymi wszystkimi szejkami, którzy chodzą w białych chustach na
głowach. Idąc przez miasto można się poczuć bardzo nieswojo. Większość ludzi,
którzy cię mijają ma brody, jest ubrana na biało, ma oryginalne nakrycia głowy
wspomniane w poprzednim zdaniu i jest bogata. Naprawdę bogata. Naprawdę strasznie
obrzydliwie bogata. Nic dziwnego, skoro śpią na ropie, ale bez przesady!
Przejdźmy do rzeczy.
Jestem tu razem z siostrą i paroma znajomymi. Termin ferii przypadł tak, że
mogliśmy odwiedzić Katar akurat w czasie mistrzostw świata w quidditchu. Wszyscy
jesteśmy bardzo podekscytowani, szczególnie, że jutro nasza reprezentacja gra
mecz półfinałowy. To nie byle jaki półfinał, bo zmierzymy się z reprezentacją
gospodarzy. Ogólnie nie obawialibyśmy się meczu z Katarem, bo to przecież
nieprawdopodobne, żeby Katarczycy wygrali mecz półfinałowy z Polską. Katarczycy
nawet nie doszliby bo półfinałów. Problem tkwi w tym, że tylko kilku zawodników
grających w tej reprezentacji pochodzi z Kataru. Większość to Europejczycy,
którzy zapewne dostali niemałą sumę pieniędzy za przyjęcie tymczasowego
obywatelstwa na czas mistrzostw. Patrząc na to z logicznej strony, to wcale nie
będzie mecz Polska vs. Katar, tylko Polska vs. reszta świata.
W każdym bądź razie
jestem przekonana, że polscy zawodnicy dadzą z siebie wszystko.
Kaśka zapisała kolejną notatkę w swoim pamiętniku, zamknęła
go i zeszła na śniadanie.
Razem z siostrą i znajomymi z Hogwartu wynajmowali mały
domek położony niedaleko hali, na której odbywały się mistrzostwa. W budynku
były 4 pokoje, w każdym z nich nocowały 3 osoby, kuchnia i dwie łazienki. Kaśka
dzieliła swój pokój z Kamilą (siostrą) i Jagodą.
W kuchni byli już wszyscy z wyjątkiem Kamili. Można było się
spodziewać, że nie wstanie o dziewiątej. Bądźmy szczerzy. Wszyscy lubimy długo
pospać, a Kamila jest osobą, która robi to, co lubi.
Przyjaciele rozmawiali w najlepsze, cierpliwie czekając na
dziewiętnastolatkę*, ponieważ chcieli zjeść śniadanie razem. Nie wypadało, żeby
jedna osoba jadła osobno. W końcu Kama dołączyła do ekipy młodych czarodziejów
i razem z nimi zjadła posiłek przygotowany przez jednego z Krukonów, Adriana.
- Mamy jakieś plany na dziś? Może wyjdziemy napić się piwa
kremowego? Jest taka ładna pogoda. Nie siedźmy w domu – odezwała się Kamila.
- Myśleliśmy, żeby wybrać się teraz na plażę, a popołudniem,
kiedy będzie chłodniej pójdziemy na zakupy. Piwa napijemy się na plaży, okay? –
odparła Karolina z domu węża. Mimo odwiecznych jaźni między Gryfonami i
Ślizgonami, Kaśka z Karoliną dogadywały się całkiem nieźle.
- Mi pasuje! Co wy na to? – brunetka zwróciła się do reszty
znajomych, którzy przyjęli ten plan z wielką aprobatą.
***
Na plaży nie sposób było się nudzić. Można było popływać w
ciepłym morzu, poopalać się, pograć w siatkówkę, a nawet stoczyć z kimś mały
pojedynek.
Większość osób oglądała starcia młodych czarodziejów, którzy
postanowili pochwalić się swoimi umiejętnościami i stoczyć pojedynek na
zaklęcia z losowo wybranym przeciwnikiem. Wśród publiczności była także liczna
grupka młodych czarodziejów. Kamila, Kaśka, Jagoda, Bartek, Darek i Zuza
patrzyli z zaciekawieniem na dwie osoby, który na zmianę miotały w siebie
różnymi zaklęciami.
-Może zgłosimy się na ochotników? – zapytała Jagoda Bartka.
- Okay, może być ciekawie – zgodził się Puchon.
Jak postanowili, tak zrobili i kilka minut później stali
naprzeciwko siebie. Obydwoje bacznie obserwowali zachowanie przeciwnika.
Chcieli wychwycić choćby najmniejszy szczegół sugerujący niepewność rywala. Na
koniec tylko spojrzeli sobie ostro w oczy. Już nie liczyło się to, że są
przyjaciółmi. Teraz liczyła się wygrana.
- Proszę podać sobie ręce, na znak szacunku do przeciwnika –
odezwał się głos prowadzącego.
Podeszli do siebie i uściskali sobie dłonie wymieniając się
jadowitymi uśmiechami po czym oddalili się na wyznaczoną odległość i wycelowali
różdżki. Patrzyli sobie w oczy. Toczyli walkę na spojrzenia, a wygraną było
rzucenie pierwszego zaklęcia. Przywilej ten trafił do Jagody. Użyła zaklęcia
niewerbalnego, które powaliło przeciwnika na ziemię. Ten jednak szybko wstał i
kontratakował, ona jednak zdążyła wznieść tarczę ochronną, która nie
przepuściła strumienia z jego różdżki. Przez kilkanaście minut słychać było
wykrzykiwane zaklęcia. Strumienie światła, iskier, wody, lub języki ognia
wylatywały raz po raz z różdżek obojga czarodziejów. Pojedynek skończył się
wygraną Bartka, który pokonał Gryfonkę zaklęciem powodującym puchnięcie dłoni.
Rzuciła różdżkę na ziemię, co oznaczało wygraną chłopaka.
Oboje roześmiani opuszczali scenę i skierowali się w stronę
przyjaciół, którzy na ich widok zawołali brawami i radosnymi okrzykami. W
czasie pojedynku dołączyła do nich reszta znajomych, więc następne widowiska
oglądali już pełną ekipą.
Po pewnym czasie Zuza przyniosła skrzynkę kremowego piwa, co
wyglądało bardzo zabawnie, ponieważ Ślizgonka była niska i bardzo szczupła, a
skrzynka wcale nie była taka mała. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że
dziewczyna zaraz się przewróci. Na szczęście jej kolega z domu węża szybko do
niej podszedł, odebrał jej butelki i rozdał je wszystkim znajomym z Hogwartu.
***
Dzień na plaży minął bardzo szybko i nikt nawet nie
zauważył, kiedy słońce przybrało odcień czerwieni, a niebo rozbłysło milionem
barw.
- Chyba nici z zakupów – odezwał się jeden ze Ślizgonów,
Piotrek, upijając łyk piwa ze swojej butelki.
- Najwidoczniej – przyznała Kamila – ale zawsze możemy
podziwiać zachód słońca. Przekonajmy się, czy w Katarze jest równie piękny jak
nad Bałtykiem – położyła się na piasku i patrzyła na horyzont, za którym zaraz
miało schować się słońce.
- Jest tu trochę za cicho. Czegoś brakuje – powiedziała Ola,
Krukonka.
- Chyba nawet wiem czego – odezwała się w końcu Kaśka – w
Katarze nie ma muzyków, grających indiańskie melodie.
- Chyba masz rację.
Siedzieli i obserwowali słońce chowające się w morzu. Wypili
ostatnie łyki piwa i zaczęli pakować swoje rzeczy. Kiedy opuszczali teren
plaży, było już ciemno, ale nikt z nich nie czuł się niepewnie, ponieważ szli w
naprawdę dużej grupie. Wchodząc do domku, wszyscy śmiali się i głośno
rozmawiali. Nie zdawali sobie sprawy z późnej godziny, dopóki Darek nie
upomniał ich, że powinni być wypoczęci, żeby móc jutro dopingować naszą
reprezentację. Wszyscy się z nim zgodzili i rozeszli się do swoich pokoi. Nie
minęło dużo czasu, a już spali.
Rano obudzili się w świetnym humorze. Wszyscy byli
podekscytowani dzisiejszym meczem. Żywo rozmawiali i wymieniali między sobą
opinie na temat zawodników zarówno polskich jak i tych grających dla
reprezentacji Kataru. Jedni zakładali się, kto złapie złotego znicza, a drudzy
obstawiali, ile czasu będzie trwał mecz.
O godzinie siedemnastej zjawili się już na trybunach.
Wybrali sobie znakomite miejsca, skąd widzieli dokładnie całe boisko. Parę
minut przed rozpoczęciem rozgrywki zawodnicy obu drużyn wyszli z szatni, a ich
nazwiska zostały kolejno wyczytane przez komentatorów. Po przedstawieniu graczy
zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Kibice Kataru okazali się co najmniej
niekulturalni gwiżdżąc podczas hymnu. Kiedy Polacy skończyli śpiewać, po boisku
i trybunach rozniosła się melodia hymnu Kataru. Kapitanowie obu drużyn podali
sobie ręce i na otrzymany znak wszyscy zawodnicy wznieśli się w powietrze na
swoich miotłach. Piłki zostały wypuszczone ze skrzyni i rozpoczęła się gra.
Polacy szybko przejęli kafla i po niecałej minucie padła już
pierwsza bramka meczu. Polscy kibice podnieśli się z miejsc. Powoli zaczynało
się szaleństwo na trybunach. Piłka w rękach Katarczyków, prawoskrzydłowy podlatuje do pętli, bierze
zamach i… Tłuczek uderza w jego głowę. Kibice biało-czerwonych znów szaleją,
ale tym razem nie tylko oni. Osoby dopingujące Katarczyków również wpadają w
wir szaleństwa, ale nie z radości. Wręcz przeciwnie. Są wściekli. Niestety
przekrzykują kibiców Polski, ale trudno się dziwić. Na sektorze Kataru znajdują
się też Hiszpanie, którym zapłacono za dopingowanie Katarczyków. Gospodarze
kupili sobie kibiców. Mecz toczy się dalej. Szukający wypatrują znicza, ale
nigdzie go nie ma. Nikt się nie spodziewa, że wypuszczą go tak szybko. Kibice
przyszli tu, żeby zobaczyć niemałe widowisko, a wypuszczenie złotej piłeczki
mogłoby skrócić czas tego spotkania i pozbawić mecz wielkich emocji, które
zawodnicy zaczną odczuwać dopiero za parędziesiąt minut. Michał Jurecki ma kafel, podaje do
Wiśniewskiego, ten oddaje piłkę Bartkowi Jureckiemu, kafel wraca do Gadżeta i
GOL! Wiśniewski sprytnie wykiwał katarskiego bramkarza. Zasugerował rzut do
środkowej pętli wzbijając się wyżej w powietrze, lecz później szybko zniżył lot
i prawie włożył piłkę do lewej obręczy. Niespotykane, żeby szukający strzelił
gola i to w taki sposób. Katarczycy mają kafla, ale Polacy szybko go przejmują.
Michał Szyba próbuje szybko zawrócić, aby strzelić kolejnego gola w tym
spotkaniu, ale niestety zostaje zaatakowany dwoma tłuczkami na raz. Widać, że
pałkarze Kataru są bardzo zgrani czasowo. Katarczycy znów mają piłkę. Polacy
ustawiają się do obrony, ale bezskutecznie. Obrotowy Kataru uderza wolną ręką
polskiego zawodnika w twarz, a drugą oddaje rzut, którego Sławek Szmal nie był
w stanie obronić z powodu szoku po zaistniałej sytuacji. Polacy są jednak
spokojni o wynik, ponieważ sędziowie powinni odgwizdać faul. Zachowanie
obrotowego było delikatnie ujmując niesportowe. Problem w tym, że nie słychać
żadnego gwizdka. Poszkodowany Michał Jurecki dolatuje do dwóch sędziów
pochodzących z Serbii i żąda, aby ukarali Katarczyka za niesportowe zachowanie
i nie zaliczali bramki. Oni jednak zaczynają się z nim kłócić, że w zachowaniu
obrotowego nie było nic niesportowego. Kłótnia kończy się żółtą kartką dla Dzidziusia.
Zawodnicy grają dalej. Kafel w rękach Orzechowskiego, podaje do Dzidziusia,
który z prędkością światła leci w stronę trzech obręczy i trafia! Gol jednak
nie zostaje uznany przez sędziów. Kiedy zdziwieni zawodnicy pytają dlaczego,
szanowni sędziowie odpowiadają, że oni wykonują swoją pracę i nie mają
obowiązku wyjaśniać im reguł gry, które powinni znać już od dawna. Mecz ciągnie
się dalej, a sędziowie nie przestają zadziwiać. Oczywiście żadne zaskoczenie w
tym meczu nie było miłe dla Polaków. Po kolejnej dosyć komicznej sytuacji,
kiedy sędzia, który przez jakiś czas pracował w świecie mugoli, odgwizdał błąd
kroków Adamowi Wiśniewskiemu, kibice biało-czerwonych przestali nad sobą
panować i nie ograniczali przekleństw. Katar kupił zawodników, kupił kibiców,
to kupił i sędziów.
Po kilku innych „sprawiedliwych” gwizdkach, sędziowie nagle
spadli ze swoich mioteł. Gra została na chwilę zawieszona i wezwano lekarzy ze
szpitala św. Munga. Okazało się, że upadek jest spowodowany zaklęciem petrificus totallus, ale rzuconym z
ogromną siłą, zapewne przez wiele różdżek. Panowie Stojković i Nikolić zostali
wyniesieni na noszach z terenu boiska i zawiezieni do szpitala. Lekarze
powiedzieli, że wybudza ich za kilka dni.
Zastała nagła potrzeba zmiany sędziów. Całe szczęście na
trybunach było dwóch Argentyńczyków, którzy sędziowali w poprzednich latach na
mistrzostwach świata i z chęcią zgodzili się dokończyć pracę zaczętą przez
Serbów.
Wznowiono mecz. Tym razem gra przebiegała naprawdę
sprawiedliwie. Wszystkie przewinienia były odgwizdywane, nie było
niepotrzebnych sporów między zawodnikami a sędziami. Około siedemdziesiątej
minuty obaj szukający dostrzegli złotego znicza, który unosił się tuż nad
ziemią obok słupa środkowej pętli Katarczyków. Adam Wiśniewski zareagował
minimalnie wolniej niż katarski szukający. Lecieli tuż obok siebie, ciągle
nabierając prędkości. Katarczyk wysunął się na kilkucentymetrowe prowadzenie.
Niestety starszy model miotły Polaka nie był w stanie go dogonić. Polska
prowadziła 120 punktami. Oznaczało to, że gdyby Katarczyk złapał znicza, mecz
zakończyłby się remisem i musieliby rozegrać dogrywkę. Nigdy w historii
quidditcha nie zdarzyła się taka sytuacja, więc nikt nie wiedział czego można
się spodziewać. To dodatkowo motywowało Katarczyka, który starał się
przyśpieszyć jeszcze bardziej. Znicz nie zamierzał zmieniać miejsca. Wysunięta
do przodu ręka Wiśniewskiego nadal była kilka centymetrów dalej od złotej
piłeczki niż ręka rywala. Niewielka odległość dzieliła ich od znicza. Teraz,
albo nigdy, pomyślał Polak.
-Dalej, dalej, ręko Gadżeta! – krzyknął, a jego ręka
wydłużyła się i złapała złotego znicza.
Tym razem krzyk Polaków zagłuszyłby nawet liczne legiony
rzymskie. Wszyscy, którzy jeszcze kilka sekund wcześniej czekali w niepewności,
a ich serca próbowały wyskoczyć z piersi teraz skakali i krzyczeli. Wszyscy
Polacy, zarówno kibice jak i zawodnicy, wykrzykiwali imię szukającego, dzięki
któremu wygraliśmy ten mecz.
Teraz pozostało zastanawiać się, co będzie z serbskimi
sędziami. Widocznie spora grupa osób na trybunach wypowiedziała jedno proste
zaklęcie, które rzucone przez dużą liczbę różdżek, miało skutek na tyle
poważny, że lekarze św. Munga nie byli w stanie wyleczyć go na miejscu i nie
będą w stanie wyleczyć go przez kilka dni. Cóż… Należało im się.
Po meczu grupa hogwardzkich czarodziejów wybrała się do
knajpy. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że tak wielkiego sukcesu nie można opijać
piwem. Zamówili więc ognistą whisky. Wypili po szklance, cieszyli się z
odniesionego sukcesu i omawiali zachowanie sędziów oraz najistotniejsze akcje
zawodników. Zgodnie stwierdzili, że najlepszym zawodnikiem był polski bramkarz,
Sławek Szmal, który obronił 86% bramek, ale zwycięstwo biało-czerwoni
zawdzięczają zdecydowanie Gadżetowi.
Około trzeciej nad ranem cała ekipa wróciła do wynajętego
domku. Jutro mieli cały dzień dla siebie, a pojutrze… Najważniejszy dzień ich
pobytu w tym mieście – Finał Mistrzostw Świata w Katarze: Polska – Francja.
Czarodzieje położyli się spać.
Obudzili się dopiero o godzinie czternastej, więc nie mieli
żadnych planów na to, jak spędzić dzień. Postanowili zostać w mieszkaniu i
odpocząć po wczorajszym świętowaniu, bo nie wszyscy skończyli opijać zwycięstwo
po jednej szklance.
***
Następnego dnia już od samego rana rozmawiali tylko i
wyłącznie o nadchodzącym meczu. Było to wielkie przeżycie. Reprezentacja Polski
w finale mistrzostw świata w quidditchu. Już nawet nie chodziło o to, żeby
wygrać. Sam fakt, że Polacy znajdą się na podium i to na pierwszym lub drugim
miejscu dawał mnóstwo radości.
Mecz nie był łatwy. Trwał ponad cztery godziny i o wyniku
decydowało tylko złapanie znicza. Do ostatnich minut utrzymywał się remis. Całe
szczęście Adam nie zawiódł i po raz kolejny złapał złotą piłeczkę, zapewniając Polakom
wygraną. Polska została Mistrzem Świata w quidditchu!
***
Sprawa sędziów nie ucichła. Wszyscy czekali aż lekarze ich
wybudzą. Zrobili to dwa dni po meczu finałowym. Pierwszymi gośćmi, którzy
odwiedzili ich zaraz po tym, jak odzyskali przytomność byli reprezentanci
Federacji Quidditcha, którzy, korzystając z tego, że sędziowie są osłabieni,
podali im veritaserum. Serbowie,
zmuszeni do powiedzenia prawdy, opowiedzieli, że przyjęli pieniądze od
katarskiego Ministra Magii i sędziowali tak, jak on im kazał. Za oszustwo
zarówno oni jak i Minister Magii z Kataru zostali skazani na kilkuletni pobyt w
Azkabanie.
I
wszyscy żyli długo i szczęśliwie!
No, za wyjątkiem dwóch Serbów i
katarskiego Ministra Magii.
* już ma 20 latek <3