czwartek, 12 lutego 2015

Mistrzostwa

Dzisiaj coś nawiązującego do MŚ w piłce ręcznej i jednocześnie prezent urodzinowy dla mojej siostry! 100 latek, Kamilko, spełnienia marzeń! Kocham Cię!

Mistrzostwa

Ciepło. Bardzo ciepło. Wręcz gorąco, a nawet upał. Bardzo lubię lato, ale pogoda panująca w Katarze, to jednak mała przesada. Przecież utaj się nie da robić nic, co wymaga najmniejszego wysiłku fizycznego.
Mimo wszystko bardzo się cieszę, że tu jestem. Ja po prostu bardzo lubię na wszystko narzekać. Nie znajdzie się na świecie nic, czego nie dałabym rady skrytykować. Wbrew mojemu narzekaniu na wszystko, co jest dookoła w Katarze jest naprawdę bardzo miło. No, może poza tymi wszystkimi szejkami, którzy chodzą w białych chustach na głowach. Idąc przez miasto można się poczuć bardzo nieswojo. Większość ludzi, którzy cię mijają ma brody, jest ubrana na biało, ma oryginalne nakrycia głowy wspomniane w poprzednim zdaniu i jest bogata. Naprawdę bogata. Naprawdę strasznie obrzydliwie bogata. Nic dziwnego, skoro śpią na ropie, ale bez przesady!
Przejdźmy do rzeczy. Jestem tu razem z siostrą i paroma znajomymi. Termin ferii przypadł tak, że mogliśmy odwiedzić Katar akurat w czasie mistrzostw świata w quidditchu. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani, szczególnie, że jutro nasza reprezentacja gra mecz półfinałowy. To nie byle jaki półfinał, bo zmierzymy się z reprezentacją gospodarzy. Ogólnie nie obawialibyśmy się meczu z Katarem, bo to przecież nieprawdopodobne, żeby Katarczycy wygrali mecz półfinałowy z Polską. Katarczycy nawet nie doszliby bo półfinałów. Problem tkwi w tym, że tylko kilku zawodników grających w tej reprezentacji pochodzi z Kataru. Większość to Europejczycy, którzy zapewne dostali niemałą sumę pieniędzy za przyjęcie tymczasowego obywatelstwa na czas mistrzostw. Patrząc na to z logicznej strony, to wcale nie będzie mecz Polska vs. Katar, tylko Polska vs. reszta świata.
W każdym bądź razie jestem przekonana, że polscy zawodnicy dadzą z siebie wszystko.
Kaśka zapisała kolejną notatkę w swoim pamiętniku, zamknęła go i zeszła na śniadanie.
Razem z siostrą i znajomymi z Hogwartu wynajmowali mały domek położony niedaleko hali, na której odbywały się mistrzostwa. W budynku były 4 pokoje, w każdym z nich nocowały 3 osoby, kuchnia i dwie łazienki. Kaśka dzieliła swój pokój z Kamilą (siostrą) i Jagodą. 
W kuchni byli już wszyscy z wyjątkiem Kamili. Można było się spodziewać, że nie wstanie o dziewiątej. Bądźmy szczerzy. Wszyscy lubimy długo pospać, a Kamila jest osobą, która robi to, co lubi.
Przyjaciele rozmawiali w najlepsze, cierpliwie czekając na dziewiętnastolatkę*, ponieważ chcieli zjeść śniadanie razem. Nie wypadało, żeby jedna osoba jadła osobno. W końcu Kama dołączyła do ekipy młodych czarodziejów i razem z nimi zjadła posiłek przygotowany przez jednego z Krukonów, Adriana.
- Mamy jakieś plany na dziś? Może wyjdziemy napić się piwa kremowego? Jest taka ładna pogoda. Nie siedźmy w domu – odezwała się Kamila.
- Myśleliśmy, żeby wybrać się teraz na plażę, a popołudniem, kiedy będzie chłodniej pójdziemy na zakupy. Piwa napijemy się na plaży, okay? – odparła Karolina z domu węża. Mimo odwiecznych jaźni między Gryfonami i Ślizgonami, Kaśka z Karoliną dogadywały się całkiem nieźle.
- Mi pasuje! Co wy na to? – brunetka zwróciła się do reszty znajomych, którzy przyjęli ten plan z wielką aprobatą.

***
Na plaży nie sposób było się nudzić. Można było popływać w ciepłym morzu, poopalać się, pograć w siatkówkę, a nawet stoczyć z kimś mały pojedynek.
Większość osób oglądała starcia młodych czarodziejów, którzy postanowili pochwalić się swoimi umiejętnościami i stoczyć pojedynek na zaklęcia z losowo wybranym przeciwnikiem. Wśród publiczności była także liczna grupka młodych czarodziejów. Kamila, Kaśka, Jagoda, Bartek, Darek i Zuza patrzyli z zaciekawieniem na dwie osoby, który na zmianę miotały w siebie różnymi zaklęciami.
-Może zgłosimy się na ochotników? – zapytała Jagoda Bartka.
- Okay, może być ciekawie – zgodził się Puchon.
Jak postanowili, tak zrobili i kilka minut później stali naprzeciwko siebie. Obydwoje bacznie obserwowali zachowanie przeciwnika. Chcieli wychwycić choćby najmniejszy szczegół sugerujący niepewność rywala. Na koniec tylko spojrzeli sobie ostro w oczy. Już nie liczyło się to, że są przyjaciółmi. Teraz liczyła się wygrana.
- Proszę podać sobie ręce, na znak szacunku do przeciwnika – odezwał się głos prowadzącego.
Podeszli do siebie i uściskali sobie dłonie wymieniając się jadowitymi uśmiechami po czym oddalili się na wyznaczoną odległość i wycelowali różdżki. Patrzyli sobie w oczy. Toczyli walkę na spojrzenia, a wygraną było rzucenie pierwszego zaklęcia. Przywilej ten trafił do Jagody. Użyła zaklęcia niewerbalnego, które powaliło przeciwnika na ziemię. Ten jednak szybko wstał i kontratakował, ona jednak zdążyła wznieść tarczę ochronną, która nie przepuściła strumienia z jego różdżki. Przez kilkanaście minut słychać było wykrzykiwane zaklęcia. Strumienie światła, iskier, wody, lub języki ognia wylatywały raz po raz z różdżek obojga czarodziejów. Pojedynek skończył się wygraną Bartka, który pokonał Gryfonkę zaklęciem powodującym puchnięcie dłoni. Rzuciła różdżkę na ziemię, co oznaczało wygraną chłopaka.
Oboje roześmiani opuszczali scenę i skierowali się w stronę przyjaciół, którzy na ich widok zawołali brawami i radosnymi okrzykami. W czasie pojedynku dołączyła do nich reszta znajomych, więc następne widowiska oglądali już pełną ekipą.
Po pewnym czasie Zuza przyniosła skrzynkę kremowego piwa, co wyglądało bardzo zabawnie, ponieważ Ślizgonka była niska i bardzo szczupła, a skrzynka wcale nie była taka mała. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że dziewczyna zaraz się przewróci. Na szczęście jej kolega z domu węża szybko do niej podszedł, odebrał jej butelki i rozdał je wszystkim znajomym z Hogwartu.
***
Dzień na plaży minął bardzo szybko i nikt nawet nie zauważył, kiedy słońce przybrało odcień czerwieni, a niebo rozbłysło milionem barw.
- Chyba nici z zakupów – odezwał się jeden ze Ślizgonów, Piotrek, upijając łyk piwa ze swojej butelki.
- Najwidoczniej – przyznała Kamila – ale zawsze możemy podziwiać zachód słońca. Przekonajmy się, czy w Katarze jest równie piękny jak nad Bałtykiem – położyła się na piasku i patrzyła na horyzont, za którym zaraz miało schować się słońce.
- Jest tu trochę za cicho. Czegoś brakuje – powiedziała Ola, Krukonka.
- Chyba nawet wiem czego – odezwała się w końcu Kaśka – w Katarze nie ma muzyków, grających indiańskie melodie.
- Chyba masz rację.
Siedzieli i obserwowali słońce chowające się w morzu. Wypili ostatnie łyki piwa i zaczęli pakować swoje rzeczy. Kiedy opuszczali teren plaży, było już ciemno, ale nikt z nich nie czuł się niepewnie, ponieważ szli w naprawdę dużej grupie. Wchodząc do domku, wszyscy śmiali się i głośno rozmawiali. Nie zdawali sobie sprawy z późnej godziny, dopóki Darek nie upomniał ich, że powinni być wypoczęci, żeby móc jutro dopingować naszą reprezentację. Wszyscy się z nim zgodzili i rozeszli się do swoich pokoi. Nie minęło dużo czasu, a już spali.
Rano obudzili się w świetnym humorze. Wszyscy byli podekscytowani dzisiejszym meczem. Żywo rozmawiali i wymieniali między sobą opinie na temat zawodników zarówno polskich jak i tych grających dla reprezentacji Kataru. Jedni zakładali się, kto złapie złotego znicza, a drudzy obstawiali, ile czasu będzie trwał mecz.
O godzinie siedemnastej zjawili się już na trybunach. Wybrali sobie znakomite miejsca, skąd widzieli dokładnie całe boisko. Parę minut przed rozpoczęciem rozgrywki zawodnicy obu drużyn wyszli z szatni, a ich nazwiska zostały kolejno wyczytane przez komentatorów. Po przedstawieniu graczy zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Kibice Kataru okazali się co najmniej niekulturalni gwiżdżąc podczas hymnu. Kiedy Polacy skończyli śpiewać, po boisku i trybunach rozniosła się melodia hymnu Kataru. Kapitanowie obu drużyn podali sobie ręce i na otrzymany znak wszyscy zawodnicy wznieśli się w powietrze na swoich miotłach. Piłki zostały wypuszczone ze skrzyni i rozpoczęła się gra.
Polacy szybko przejęli kafla i po niecałej minucie padła już pierwsza bramka meczu. Polscy kibice podnieśli się z miejsc. Powoli zaczynało się szaleństwo na trybunach. Piłka w rękach Katarczyków,  prawoskrzydłowy podlatuje do pętli, bierze zamach i… Tłuczek uderza w jego głowę. Kibice biało-czerwonych znów szaleją, ale tym razem nie tylko oni. Osoby dopingujące Katarczyków również wpadają w wir szaleństwa, ale nie z radości. Wręcz przeciwnie. Są wściekli. Niestety przekrzykują kibiców Polski, ale trudno się dziwić. Na sektorze Kataru znajdują się też Hiszpanie, którym zapłacono za dopingowanie Katarczyków. Gospodarze kupili sobie kibiców. Mecz toczy się dalej. Szukający wypatrują znicza, ale nigdzie go nie ma. Nikt się nie spodziewa, że wypuszczą go tak szybko. Kibice przyszli tu, żeby zobaczyć niemałe widowisko, a wypuszczenie złotej piłeczki mogłoby skrócić czas tego spotkania i pozbawić mecz wielkich emocji, które zawodnicy zaczną odczuwać dopiero za parędziesiąt minut.  Michał Jurecki ma kafel, podaje do Wiśniewskiego, ten oddaje piłkę Bartkowi Jureckiemu, kafel wraca do Gadżeta i GOL! Wiśniewski sprytnie wykiwał katarskiego bramkarza. Zasugerował rzut do środkowej pętli wzbijając się wyżej w powietrze, lecz później szybko zniżył lot i prawie włożył piłkę do lewej obręczy. Niespotykane, żeby szukający strzelił gola i to w taki sposób. Katarczycy mają kafla, ale Polacy szybko go przejmują. Michał Szyba próbuje szybko zawrócić, aby strzelić kolejnego gola w tym spotkaniu, ale niestety zostaje zaatakowany dwoma tłuczkami na raz. Widać, że pałkarze Kataru są bardzo zgrani czasowo. Katarczycy znów mają piłkę. Polacy ustawiają się do obrony, ale bezskutecznie. Obrotowy Kataru uderza wolną ręką polskiego zawodnika w twarz, a drugą oddaje rzut, którego Sławek Szmal nie był w stanie obronić z powodu szoku po zaistniałej sytuacji. Polacy są jednak spokojni o wynik, ponieważ sędziowie powinni odgwizdać faul. Zachowanie obrotowego było delikatnie ujmując niesportowe. Problem w tym, że nie słychać żadnego gwizdka. Poszkodowany Michał Jurecki dolatuje do dwóch sędziów pochodzących z Serbii i żąda, aby ukarali Katarczyka za niesportowe zachowanie i nie zaliczali bramki. Oni jednak zaczynają się z nim kłócić, że w zachowaniu obrotowego nie było nic niesportowego. Kłótnia kończy się żółtą kartką dla Dzidziusia. Zawodnicy grają dalej. Kafel w rękach Orzechowskiego, podaje do Dzidziusia, który z prędkością światła leci w stronę trzech obręczy i trafia! Gol jednak nie zostaje uznany przez sędziów. Kiedy zdziwieni zawodnicy pytają dlaczego, szanowni sędziowie odpowiadają, że oni wykonują swoją pracę i nie mają obowiązku wyjaśniać im reguł gry, które powinni znać już od dawna. Mecz ciągnie się dalej, a sędziowie nie przestają zadziwiać. Oczywiście żadne zaskoczenie w tym meczu nie było miłe dla Polaków. Po kolejnej dosyć komicznej sytuacji, kiedy sędzia, który przez jakiś czas pracował w świecie mugoli, odgwizdał błąd kroków Adamowi Wiśniewskiemu, kibice biało-czerwonych przestali nad sobą panować i nie ograniczali przekleństw. Katar kupił zawodników, kupił kibiców, to kupił i sędziów. 
Po kilku innych „sprawiedliwych” gwizdkach, sędziowie nagle spadli ze swoich mioteł. Gra została na chwilę zawieszona i wezwano lekarzy ze szpitala św. Munga. Okazało się, że upadek jest spowodowany zaklęciem petrificus totallus, ale rzuconym z ogromną siłą, zapewne przez wiele różdżek. Panowie Stojković i Nikolić zostali wyniesieni na noszach z terenu boiska i zawiezieni do szpitala. Lekarze powiedzieli, że wybudza ich za kilka dni.
Zastała nagła potrzeba zmiany sędziów. Całe szczęście na trybunach było dwóch Argentyńczyków, którzy sędziowali w poprzednich latach na mistrzostwach świata i z chęcią zgodzili się dokończyć pracę zaczętą przez Serbów.
Wznowiono mecz. Tym razem gra przebiegała naprawdę sprawiedliwie. Wszystkie przewinienia były odgwizdywane, nie było niepotrzebnych sporów między zawodnikami a sędziami. Około siedemdziesiątej minuty obaj szukający dostrzegli złotego znicza, który unosił się tuż nad ziemią obok słupa środkowej pętli Katarczyków. Adam Wiśniewski zareagował minimalnie wolniej niż katarski szukający. Lecieli tuż obok siebie, ciągle nabierając prędkości. Katarczyk wysunął się na kilkucentymetrowe prowadzenie. Niestety starszy model miotły Polaka nie był w stanie go dogonić. Polska prowadziła 120 punktami. Oznaczało to, że gdyby Katarczyk złapał znicza, mecz zakończyłby się remisem i musieliby rozegrać dogrywkę. Nigdy w historii quidditcha nie zdarzyła się taka sytuacja, więc nikt nie wiedział czego można się spodziewać. To dodatkowo motywowało Katarczyka, który starał się przyśpieszyć jeszcze bardziej. Znicz nie zamierzał zmieniać miejsca. Wysunięta do przodu ręka Wiśniewskiego nadal była kilka centymetrów dalej od złotej piłeczki niż ręka rywala. Niewielka odległość dzieliła ich od znicza. Teraz, albo nigdy, pomyślał Polak.
-Dalej, dalej, ręko Gadżeta! – krzyknął, a jego ręka wydłużyła się i złapała złotego znicza.
Tym razem krzyk Polaków zagłuszyłby nawet liczne legiony rzymskie. Wszyscy, którzy jeszcze kilka sekund wcześniej czekali w niepewności, a ich serca próbowały wyskoczyć z piersi teraz skakali i krzyczeli. Wszyscy Polacy, zarówno kibice jak i zawodnicy, wykrzykiwali imię szukającego, dzięki któremu wygraliśmy ten mecz.
Teraz pozostało zastanawiać się, co będzie z serbskimi sędziami. Widocznie spora grupa osób na trybunach wypowiedziała jedno proste zaklęcie, które rzucone przez dużą liczbę różdżek, miało skutek na tyle poważny, że lekarze św. Munga nie byli w stanie wyleczyć go na miejscu i nie będą w stanie wyleczyć go przez kilka dni. Cóż… Należało im się.
Po meczu grupa hogwardzkich czarodziejów wybrała się do knajpy. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że tak wielkiego sukcesu nie można opijać piwem. Zamówili więc ognistą whisky. Wypili po szklance, cieszyli się z odniesionego sukcesu i omawiali zachowanie sędziów oraz najistotniejsze akcje zawodników. Zgodnie stwierdzili, że najlepszym zawodnikiem był polski bramkarz, Sławek Szmal, który obronił 86% bramek, ale zwycięstwo biało-czerwoni zawdzięczają zdecydowanie Gadżetowi.
Około trzeciej nad ranem cała ekipa wróciła do wynajętego domku. Jutro mieli cały dzień dla siebie, a pojutrze… Najważniejszy dzień ich pobytu w tym mieście – Finał Mistrzostw Świata w Katarze:   Polska – Francja.
Czarodzieje położyli się spać.
Obudzili się dopiero o godzinie czternastej, więc nie mieli żadnych planów na to, jak spędzić dzień. Postanowili zostać w mieszkaniu i odpocząć po wczorajszym świętowaniu, bo nie wszyscy skończyli opijać zwycięstwo po jednej szklance.
***
Następnego dnia już od samego rana rozmawiali tylko i wyłącznie o nadchodzącym meczu. Było to wielkie przeżycie. Reprezentacja Polski w finale mistrzostw świata w quidditchu. Już nawet nie chodziło o to, żeby wygrać. Sam fakt, że Polacy znajdą się na podium i to na pierwszym lub drugim miejscu dawał mnóstwo radości.
Mecz nie był łatwy. Trwał ponad cztery godziny i o wyniku decydowało tylko złapanie znicza. Do ostatnich minut utrzymywał się remis. Całe szczęście Adam nie zawiódł i po raz kolejny złapał złotą piłeczkę, zapewniając Polakom wygraną. Polska została Mistrzem Świata w quidditchu!
***
Sprawa sędziów nie ucichła. Wszyscy czekali aż lekarze ich wybudzą. Zrobili to dwa dni po meczu finałowym. Pierwszymi gośćmi, którzy odwiedzili ich zaraz po tym, jak odzyskali przytomność byli reprezentanci Federacji Quidditcha, którzy, korzystając z tego, że sędziowie są osłabieni, podali im veritaserum. Serbowie, zmuszeni do powiedzenia prawdy, opowiedzieli, że przyjęli pieniądze od katarskiego Ministra Magii i sędziowali tak, jak on im kazał. Za oszustwo zarówno oni jak i Minister Magii z Kataru zostali skazani na kilkuletni pobyt w Azkabanie.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie!
No, za wyjątkiem dwóch Serbów i katarskiego Ministra Magii.



* już ma 20 latek <3 

3 komentarze:

  1. Super opowiadanie :) Pisz tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem szczerze ,że bardzo ciekawie piszesz po prostu masz talent ! :d Tak trzymaj :) Pozdrawiam i zapraszam do mnie :) http://life-andstylee.blogspot.com/2015/02/czy-przyjazn-damsko-meska-naprawde.html

    OdpowiedzUsuń
  3. http://roziecka.blogspot.com/2015/08/w-i-n-d.html - zapraszam!

    OdpowiedzUsuń